Reforma recept - nowoczesność z duchem czasu czy nowy duch  horroru?

Autorami artykułu są lekarze polscy - subskrybenci listy dyskusyjnej "Lekarze" - http://polscy-lekarze.net

Anna Feliksiak (Szwajcaria), Robert Karwasz (Niemcy), Piotr Kasztelowicz (Polska) [red.], Grzegorz Kurdziel (Polska), Francis Nalepa (Francja),  Krzysztof Pisiewicz (Polska), Adam Poradzisz (Kanada), Ervin Rusek (Czechy), Waldemar Rokitiański (Niemcy), Marek Spiewankiewicz (Polska), Janusz Wszeborowski (Wielka Brytania) 

Przedstawiono także cytaty z publicznie dostępnego archiwum listy dyskusyjnej "Lek-Med." - http://achilles.wam.lodz.pl - w tym wypowiedzi:

Andrzeja Struga (Polska), Marka Rudnickiego (Stany Zjednoczone Ameryki) 

Nowe wzory recept wejdą w maju?

19 lutego Internet za pośrednictwem medycznej list dyskusyjnych lekarze@polscy-lekarze.net i lek-med@achilles.wam.lodz.pl  dowiedzieliśmy się o odroczeniu terminu wejścia nowelizacji rozporządzenia o nowych wzorach i zasadach wypisywania recept , które miały obowiązywać od marca bieżącego roku. Informacja podana w Internecie wyprzedziła o jeden dzień oficjalne faksy - stąd łódzka kasa chorych zdążyła wydrukować zaopatrzone w znaki wodne nowe formularze recept i rozpoczęła rozprowadzać je wśród lekarzy. Choć nowe blankiety nie obowiązują jeszcze dzisiaj  jednak cały ten receptowy zgiełk wywołał burzliwe dyskusje na temat "nowych wzorów recept". Czy jest uzasadnione wprowadzanie nowych wzorów, które utrudnią życia lekarzom i pacjentom. Przedstawiciele ministerstwa uzasadniają to zbyt dużym odsetkiem (podano liczbę 10%) nadużyć. Należy jednak poszukać odpowiedzi na pytanie kto te nadużycia popełnia i kto powinien za nie odpowiadać. 
 
Większość polskich pacjentów to osoby ubezpieczone, stąd posiadające prawo do ulg i refundacji części przewidzianych faktem ubezpieczenia leków. Dodatkowe uprawnienia do ulg i refundacji kosztów leków, które określa ustawa, rozporządzenie ministra czy decyzja kasy chorych są niezależne od miejsca i lekarza u którego pacjent się leczy. Lekarz nie może i nie ma prawa decydowania o wielkości ulgi, stąd też nie powinien być zobowiązywany do dokonywania wpisów w zakresie wielkości ulg i refundacji na recepcie.
 
Lekarze polscy i polonijni zrzeszeni w liście dyskusyjnej lekarze@polscy-lekarze.net w oparciu o doświadczenie rozwiązań stosowanych w wielu cywilizowanych krajach potrafią uzasadnić, że lekarz nie powinien w ogóle być stroną decydującą o wielkości refundacji - to nie lekarz powinien dokonywać wpisu na recepcie o charakterze i wielkości ulg czy refundacji. Przymuszanie lekarza do pełnienia funkcji urzędnika i "policjanta" w tym zakresie jest wyłącznie polskim wynalazkiem. Pytanie - czy Ministra Zdrowia taka argumentacja przekonuje? 

Dlaczego ceny leków i koszty leczenia wzrosły?

Odpowiedzieć sobie należy także na pytanie czy istotnie da się w taki sposób ograniczyć wydatki na leki w sytuacji, gdy  wraz z upadkiem dawnego systemu polscy lekarze i pacjenci zyskali dostęp do leków, które w przeszłości znali jedynie z angielskojęzycznych publikacji. Postęp jaki w Polsce nastąpił w zakresie stosowania nowych preparatów leczniczych od 1989 roku jest wręcz niewyobrażalny i niewątpliwie spowodował także znaczną poprawę jakości leczenia zwłaszcza takich schorzeń jak choroby serca, nowotworów czy chorób alergicznych. Równolegle polskie kliniki i oddziały szpitalne zaczęły brać udział w wielu prestiżowych międzynarodowych badaniach klinicznych z udziałem nowych leków (w dziedzinie kardiologii, onkologii i chorób płuc). W końcu także w Polsce pojawił się rynek preparatów farmaceutycznych. Do 1989 roku naturalną barierą w osiągnięciu niektórych leków była ich niedostępność na rynku polskim. W latach 1980-1989 nowe preparaty można było otrzymać tylko z darów, od krewnych zza granicy lub spełniając bardzo trudną procedurę importu docelowego. Po roku 1989 nagle polscy pacjenci mogli zacząć być leczeni takimi preparatami, jak pacjenci z krajów zachodnich. Niewyobrażalny postęp w medycynie zbiegł się ze wzrostem cen leków. Warto zwrócić uwagę, że do reformy rynkowej niskie ceny leków były sztucznie niskie ponadto wielu pacjentów nie mając dostępu do nowoczesnych preparatów leczniczych było leczonych ze znacznie gorszymi efektami. Możemy więc powiedzieć, że wzrost cen leków był po prostu bardziej powodowany dostosowaniem ich cen do rzeczywistych warunków rynkowych obrotu lekami a także dostępnością nowych preparatów - często skuteczniejszych ale droższych, niż wzrostem cen w wartościach bezwzględnych. 
Wzrost kosztów leczenia stał się tak znaczny, że z jednej strony wprowadzony został system refundacji kosztów leków - początkowo przez ministerstwo zdrowia, następnie przez kasy chorych a z drugiej, co raz częściej zaczęto mówić o konieczności racjonalizacji leczenia tak, aby zmniejszać koszty leków w tych przypadkach, gdzie zastosowanie preparatów tańszych nie odbije się na zdrowiu pacjenta. Działania takie podejmowane są w większości rozwiniętych krajów  na świecie w odpowiedzi na działania marketingowe firm farmaceutycznych promujących swoje nowsze, ale też na ogół droższe preparaty. W większości krajów rozwiniętych działania takie polegają na tworzeniu odpowiedniej polityki refundacji leczenia, wprowadzaniu wspólnie z towarzystwami medycznymi standardów leczenia opartych na badaniach naukowych, które promują stosowanie efektywnego leczenia, zachęcanie lekarzy do stosowania preparatów zamiennych (generyków), jeśli skuteczność leczenia jest równorzędna, obciążanie częścią kosztów leczenia pacjenta lub prywatnych ubezpieczycieli. 
 
Uwolnienie rynku leków i częściowe uniezależnienie go od instytucji rządowych spowodowało pojawienie się w Polsce nowych możliwości terapeutycznych, które nierzadko są w stanie uratować pacjentowi życie i zapobiec kalectwu. Leki takie do roku 1989 były osiągalne jedynie dla nielicznych pacjentów z darów lub na import docelowy czyli specjalną rzadką procedurę uruchamianą przez ministerstwo zdrowia.

Z chwilą wchodzenia w proces urynkowienia Polska weszła do niego z systemem zawiłych i trudnych do zrozumienia ulg, z których znaczna część w latach dziewięćdziesiątych  została zlikwidowana. Dodatkowym bagażem dawnego systemu który przetrwał do dnia dzisiejszego jest nakładanie na lekarza odpowiedzialności za przydzielanie pacjenta to takiej czy innej grupy uprawionych osób. Lekarz nie jest żadną stroną w operacjach finansowych pomiędzy pacjentem, ubezpieczycielem i apteką. Dlaczego więc właśnie lekarz ma być odpowiedzialnym także za ekonomiczną stronę procesu przydzielenia pacjenta do określonej grupy związanej z uprawnieniami lub ich brakiem z tytułu refundacji leków? Kolejny raz ministerstwo, kasy chorych i inne instytucje zajmujące się organizowaniem opieki zdrowotnej przy braku skutecznego działania izb lekarskich i związków zawodowych przydziela lekarzowi kolejna funkcję - stróża finansów kas chorych i policjanta i urzędnika, który decydować ma o cenie za jaką może wykupić lek dany pacjent. Ten nonsens hołubiony w polskim systemie opieki zdrowotnej ma tradycję jeszcze z systemu komunistycznego, który postrzegał w lekarzu bardziej urzędnika zajmującego się "wdrażaniem narodowych i partyjnych zadań w poprawie zdrowotności narodu" niż to, do czego zawód i powołanie powinno go zobowiązywać. 
 

Zadaniem lekarza nie powinno być pełnienie funkcji stróża finansów kas chorych a lekarze zatrudnieni w kasach chorych nie powinni mieć wpływu na decyzje samorządu lekarskiego ani też nie powinni w nim pełnić ważnych funkcji . 

 Polski system refundacji recept. 

System refundacji w Polsce a więc także katorżniczy wymóg nakładające właśnie na lekarza odpowiedzialność w tej materii za pacjenta, kasę chorych czy aptekę opiera się na dwóch niezależnych grupach uprawnień. Pierwsza grupa związana jest z uprawnieniami kombatanckimi pacjenta. Tutaj nakładanie na lekarza obowiązku odpowiedzialności za prawdziwość danych podanych przez pacjenta czy jego opiekuna i cedowanie obowiązku decyzji o tym, czy uprawnienia i w następstwie tym refundacja leków pacjentowi się należą czy nie jest oczywistym nonsensem, tak znacznym, że dziwi brak zauważenia tegoż przez odpowiednie służby ministerstwa zdrowia, kasy chorych i samorząd lekarski. Lekarz nie ma żadnego wpływu na to, czy pacjent był kombatantem czy nie a nie będąc stroną uczestniczącą w transakcji handlowej sprzedaży leku w ogóle nie powinien brać udziału w decydowaniu o tym, jaki zakres i dla kogo powinny dane uprawnienia być przydzielone. Decyzja taka powinna być uzgadniana pomiędzy kasą chorych, pacjentem i apteką, w której wykupuje lek. 

Druga grupa uprawnień w zakresie refundacji leków związana jest z określoną grupą chorób, które uprawniają do otrzymania leku ze zniżką. Obecnie są to jednostki chorobowe, które upoważniają do nabycia przez pacjenta leku ze zniżką na tzw. receptę z "niebieskim paskiem", ponieważ druk recepty, na którą w tej sytuacji może otrzymać pacjent lek oznaczony jest pionowym niebieskim paskiem znajdującym się w środkowym polu recepty. Jednak taki zapis, w którym jeden i ten sam lek może zostać wydany ze zniżką lub bez jest nieprecyzyjny. Można tutaj wyróżnić dwie sytuacje: w pierwszej - jest oczywiste że lek może być wykorzystany wyłącznie na leczenie choroby, która uprawnia do refundacji, stąd wprowadzanie wymogów szczególnych wzorów recept na te leki jest zupełnym nonsensem. Przykładem takim jest stosowanie insuliny, której nie da się w zasadzie zastosować ambulatoryjne w innym schorzeniu jak cukrzyca. Refundowany lek powinien zatem pacjent otrzymywać na podstawie zwykłej recepty w pełnej refundacji każdy ubezpieczony. W przypadku kontroli wystarczy tylko sprawdzić czy chory ma cukrzycę. Podobnie jest z lekami stosowanymi w onkologii, których zastosowanie jest co prawda szersze (także choroby układowe tkanki łącznej, zapalenia nerek i inne) ale wszystkie te schorzenia uprawniają do refundacji. Nie widzę możliwości zastosowana winblastyny poza onkologią lub onkohematologią. Druga sytuacja to taka, gdy lek stosowany na wiele chorób jest refundowany tylko w przypadkach określonych - najczęściej choroby przewlekłej wymagającej nim ciągłego leczenia. W tej z kolei sytuacji mamy do czynienia z brakiem precyzji, którą prawnicy nazwaliby sytuacją sprzyjającą do nadużyć ale ja wolałbym napisać - sytuacji trudnej w interpretacji. Jeśli mamy bowiem pacjenta z obturacją oskrzeli to może on chorować na przewlekłą obturacyjną chorobę płucną czy astmę oskrzelową uprawniającą do refundacji na receptę z "niebieskim paskiem" lub nie uprawniającą jeśli rozpoznamy "tylko" poinfekcyjną nadreaktywność oskrzeli, która powinna ustąpić do trzech miesięcy leczenia. Problem leży w tym, że gdy przyjrzeć się szczegółowo definicji astmy oskrzelowej uznanej przez WHO to kryteria tej definicji spełnia także poinfekcyjna nadreaktywność oskrzeli nie uprawniająca "niby" do uzyskania recepty refundowanej. Bardzo często zresztą nie można przewidzieć czy objawy, które zgłasza pacjent nie są już objawami astmy, która także może w określonych przypadkach ulec remisji. Decyzja o tym czy pacjent otrzyma lek ze zniżką lub bez zniżki zależy od wpisu rozpoznania, jaki dokona lekarz i ew. interpretacji tego wpisu przez kontrolera kasy chorych jednak w przytoczonym przykładzie można wykazać, że każdy prawnik działający w interesie pozbawionego w taki sposób refundacji kosztów pacjenta może zaskarżyć czy lekarza czy polski system refundowania recept, ponieważ poinfekcyjna nadreaktywność oskrzeli nawet ta, która ustąpi po 3 tygodniach leczenia (czego ostatecznie nikt nie może ustalić na początku leczenia ani przewidzieć) mieści się w definicji astmy oskrzelowej a ta do refundacji uprawnia. Oczywiście w niektórych przypadkach można ustalić konkretne wskazania - np. w przypadku refundacji leków u pacjentów z mukowiscydozą, gdzie rozpoznanie jest nie do podważenia ale przykład ten wskazuje, że aby unikać sytuacji niejednoznacznych refundacji podlegać powinien lek a nie choroba! W przypadkach wyjątkowych chorób jak mukowiscydozą można stworzyć system refundacji już po wykupieniu leku w normalnej odpłatności która dokonywana byłaby na podstawie indywidualnego wniosku pacjenta do kasy chorych - czyli umowy ubezpieczonego z ubezpieczycielem po przedstawieniu wiarygodnej dokumentacji lekarskiej.  Powyżej więc wykazałem, że recepta nie musi i nie powinna być w Polsce dokumentem określającym wielkość refundacji tylko wielkość refundacji powinna być określona przez uprawnienia pacjenta a tych nie określa przecież lekarz leczący. 

W zakresie polityki refundacyjnej leków istnieją przesłanki wskazujące na to, że w chwili obecnej działania na rzecz jak największych oszczędności, czasami kosztem zdrowia pacjenta są priorytetem w Polsce. I tak niektóre choroby - np. stwardnienie rozsiane - zostały dopisane do listy schorzeń przewlekłych uprawniających do refundacji dopiero po licznych interwencjach lekarzy i pacjentów. Jednocześnie warto zaznaczyć, że w Polsce obowiązuje cena refundacyjna  obliczona w stosunku do leku najtańszego w danej grupie leków a w krajach Unii Europejskiej cena refundacyjna wyliczana jest na poziomie średniej lub ze zwyżką 10% w stosunku do leku najtańszego. Co więcej dodać trzeba, że ceny leków w Polsce osiągnęły poziom europejski a taki sposób refundacji nie wspiera i nie promuje rodzimych koncernów farmaceutycznych, których i tak już pozostało niewiele. W roku 1998 rentowność brutto polskich firm farmaceutycznych spadła z 19,9% do 11,3% a netto z 10,9% na 6,2%. Ocenia się, że sytuacja ta wynika po części z takiego sposobu wyliczania refundacji, gdzie cena produktu krajowego regulowana urzędowo wyliczana jest na granicy kosztów własnych3  a po części z konieczności importu surowców do produkcji. Od przypuszczenia, że niedofinansowany polski system opieki zdrowotnej wraz z upadającym rodzimym przemysłem farmaceutycznym, który już niedługo nie będzie w stanie produkować "tanio i dobrze" wymaga ciągłych cięć budżetowych należy wyprowadzić pomysł wprowadzenia "reformy" recept. Jej twórcy mają nadzieje uzyskać kolejny efekt oszczędności poprzez lepszą eliminację rzekomo "znacznych nadużyć"  jakich dopuszczają się lekarze. Jednak z góry można poddać to pod wątpliwość.  Konieczność wprowadzania oszczędności w zakresie kosztów refundacji leczenia stał się wymogiem działań wszystkich systemów opieki zdrowotnej na świecie z racji tego, że koszty te stale rosną  i nawet bogatych społeczeństw nie stać na ponoszenie ich w całości , jednak paradygmat karania lekarzy za wzrost tych kosztów - czyli "niegospodarność" wywodzi się jeszcze z tych czasów kiedy w odległej Syberii - co prawda wykształceni i to nawet nienajgorzej lekarze, "bochetrowie pracy socjalistycznej" zmuszani byli do leczenia właśnie "tanio i dobrze" - co najczęściej objawiało się tym, że wzrost zdrowotności znajdował odzwierciedlenie jedynie w podawanych oficjalnie wskaźnikach niż w rzeczywistości. W Polsce tego typu praktyki nie miały aż tak drastycznej formy, niemniej brak dostępu do wielu nowoczesnych metod diagnostyki i terapii jeszcze w latach siedemdziesiątych spowodowały, że koszty w polskiej opiece zdrowotnej muszą dziś wzrosnąć chociażby z powodu konieczności wyrównania tych opóźnień. 

Wiara w "spiskową teorię dziejów" na podstawie której wnioskuje się że przyczyną wzrostu kosztów leczenia w Polsce, zresztą i tak relatywnie mniejszych niż w krajach zachodnich jest nieuczciwość lekarzy, pacjentów i farmaceutów może być łatwo podważona właśnie chociażby poprzez zacytowane wskaźniki famakoekonomiczne kondycji polskiego rynku leków. Co więcej - wzrasta sprzedaż tanich leków w tak zwanej "sprzedaży odręcznej" - czyli bez recept. Wskazuje to, że Polacy wolą leczyć się sami, albo stać ich tylko na tanie leki z tej grupy. Warto byłoby przedstawić analizę ilu pacjentów nie stać na wykupienie leków koniecznych dla ratowania lub poprawy ich zdrowia i jakie będzie potem obciążenie budżetu kas chorych i społeczeństwa z tytułu konieczności leczenia powikłań wynikających z tych zaniedbań? 

A jak jest w innych krajach? Czy nie dałoby się wykorzystać gotowych wzorców? 

W trakcie dyskusji na liście lek-med.@achilles.wam.lodz.pl  przedstawiciel ministerstwa wyraził opinię, którą z racji że lista ma charakter otwarty a archiwum jest ogólnodostępne  na stronie http://achilles.wam.lodz.pl pozwalam sobie zacytować: "Zwracam uwagę, ze wiele wyrażanych tu pretensji dotyczy ogólników typu - a po co męczyć dodatkowa praca lekarzy czy aptekarzy. Nie ma na to dobrej odpowiedzi. Każdy system w całej gospodarce żąda od nas pewnych zachowań, które w oderwaniu od całości mogą się wydawać zbędne, jeżeli przyjąć założenie, że  większość osób postępuje przecież zawsze uczciwie. Po co właściwie sprawdzanie biletów w autobusach, po co dowody osobiste i podpisywanie czeków w bankach, po co kasy fiskalne i zeznania podatkowe (mam wrażenie, że to nie są oryginalne pomysły naszych urzędników). Nie ma na to rady - jeżeli jest luka w systemie, to wykorzystają ja źli kosztem dobrych, którzy musza do systemu dopłacić. Dlatego uczciwi musza prewencyjnie uczestniczyć w działaniach uszczelniających systemy". Niewątpliwie jest to prawdą ale jeszcze raz staramy się podkreślić że - lekarz nigdzie na świecie a więc także w Polsce nie jest stroną w operacji finansowej zakupu leków a rola lekarza polega jedynie na podjęciu decyzji o zastosowaniu takiego czy innego leku, co więcej prawo nakazuje aptece na prośbę pacjenta wydać najtańszy preparat zawierający przepisaną przez lekarza substancję będącą lekiem niezależnie od tego jaka nazwa preparatu jest napisana na recepcie. Jeśli więc racjonalizować działania lekarzy to nie drogą nakładania na lekarza odpowiedzialności finansowej za np. nieprawidłowe określenie uprawnień co do refundacji leku przez lekarza.  Lekarz nie jest bowiem bezpośrednio ani beneficjentem ani płatnikiem i z owych ulg nie korzysta. Nie ma także tak na prawdę możliwości pozwalających na kontrolę zakresu uprawnień pacjenta tak samo jak sprzedający bilety ulgowe na przejazd autobusami miejskimi nie ponoszą odpowiedzialności za sprzedaż biletu ulgowego osobie nieuprawnionej tylko sam pasażer.  Wydaje się, że reformatorzy polskiego systemu opieki zdrowotnej znaleźli wyjście - zrzucić całą winą za problemy wynikające z braku środków na lekarzy. Jasnym jest i przedstawiają to liczne źródła na temat systemu opieki zdrowotnej w krajach Europy Zachodniej, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, że nie system kar nakładanych na lekarzy, lecz jasny system umów między ubezpieczycielem a pacjentem reguluje sposób i wielkość refundacji leków . 
 
 
System regulacji kosztów leczenia (preskrypcji) oparty na karach stosowanych wobec lekarzy  czy próbujący stosować agresywne metody kontroli przepisywanych leków nie jest stosowany szeroko na świecie ponieważ jest nieskuteczny i niemoralny. Stosowany jest natomiast system zachęt (incentive activity) polegający na działaniach edukacyjnych propagujących medycynę opartą na dowodach (Evidence Based Medicine), która wykorzystuje najbardziej skuteczne leki, niekoniecznie preparaty bardzo drogie

Na liście lek-med.@achilles.wam.lodz.pl czytamy dalej wytłumaczenie autorów nowego rozporządzenia w sprawie zmiany sposobu wypisywania recept: "oprócz uprawnień z tytułu ubezpieczenia posłowie zapisali kiedyś uprawnienia dla inwalidów itp. oraz uprawnienia wynikające z niektórych chorób przewlekłych. Jakoś to trzeba na recepcie zapisać, bo posłów nie należy lekceważyć". Powyżej próbowałem udowodnić, że jeśli o takich uprawnieniach nie decyduje lekarz - ponieważ nie jest dysponentem środków na refundację lecz kasa chorych i to w zakresie szczegółowych uprawnień odnośnie chorób przewlekłych powinny one być przyznawane na mocy osobnej decyzji przez kasę chorych. Co do uprawnień kombatanckich - to nam lekarzom w ogóle nic do tego. Osobiście dziwię się, że samorząd lekarski nie odkrył tego faktu i nie zabiegał aby lekarze zostali wreszcie zwolnieni z obowiązków, które do nich nie należą. 

Jeśli nie tak, to rodzi się od razu pytanie jak sprawa owych refundacji rozwiązywana jest w innych krajach. W Wielkiej Brytanii jak pisze na liście dyskusyjnej lekarze@polscy-lekarze.net - emerytowany lekarz mieszkający tam od wielu lat - "na odwrocie recepty są wydrukowane warunki :  jestem po 60 roku życia; jestem inwalida biorącym zasiłki jestem chorym na cukrzyce  itd. To jest wydrukowane na odwrocie recepty  i  odpowiednia rubrykę zakreśla PACJENT przy odbiorze leku i  podpisuje się ze powyższe stwierdzenie jest PRAWDZIWE. Jeżeli odbiera to jego pełnomocnik to poza podpisem podaje swój adres domowy. W zależności od tego co jest podkreślone przez PACJENTA płaci on typową stawkę lub nic nie płaci i tyle. Jest to odsunięcie od lekarza  posądzenia o oszustwo - bo lekarza interesuje (i powinno tylko go to interesować) jaki lek i na co przepisuje. Natomiast odpowiedzialnością cywilną PACJENTA jest napisanie prawdy i stwierdzenie jej własnym podpisem". W Kanadzie obowiązuje nieco inne rozwiązanie, jednak podobnie jak w Wielkiej Brytanii lekarz zwolniony jest od obowiązku dochodzenia jakie zniżki na leki posiada pacjent. W Kanadzie działa na terenie każdej prowincji wiele instytucji ubezpieczeniowych, pacjenci też korzystają ze zniżek i refundacji, jednak jak pisze kolega lekarz praktykujący w tym kraju - "lekarze w Kanadzie nie martwią się kto i jak zapłaci , ani kto  i jak podrobi jego receptę ( nie dotyczy to recept na narkotyki i środki  dopingujące).  Wystarczy napisać receptę na kartce papieru (niekonieczny jest nawet formularz), podpisać się, napisać co i jak farmaceuta ma wydać, albo nawet po prostu zatelefonować.  Receptę można ponadto wypisać raz na  rok, i co miesiąc, dwa tygodnie lub co tydzień pacjent idzie do apteki i  "wybiera" tyle ile potrzebuje lub na ile go/ją stać". Jak to się dzieje zapytamy - to lekarz nie musi legitymować pacjenta, sprawdzać jego uprawnień, wertować setki dokumentów na podstawie których może ocenić, czy pacjentowi należy się zniżka czy nie?  "Po prostu każdy , kto ma zniżkę  przedstawia w aptece swoja kartę ubezpieczenia (kawałek plastiku) i  farmaceuta on-line sprawdza czy towarzystwo ubezpieczeniowe pokryje  częściowo lub całkowicie odpłatność za receptę".  A jak jest w Szwecji i krajach skandynawskich? "Recepta w Szwecja ważna jest 1 rok. Za jednym pójściem do apteki można dostać leki na 3 miesiące. A wiec nigdy nie wypisuje np. 30 tabletek jak to widziałem na receptach polskich. Jeśli pacjent bierze 1 tabletkę dziennie to oczywiście wypisuje mu 100 tabletek. Jeśli 6 tabletek dziennie to 600 tabl. - i nikogo to nie dziwi. Jeśli pacjent jest ustawiony na tym leku np. na nadciśnienie lub na cukrzyce to pisze ze te receptę można automatycznie powtórzyć 4 razy. W ten sposób pacjent może przyjść do mnie raz  na rok aby dostać nowa receptę. Jeżeli ja zgubi a do mnie nie może się dostać to mogę zadzwonić do apteki i podyktować receptę. Za te usługę pacjent płaci drobna opłatę w aptece. Recepta ta ważna jest tylko jeden raz". Jak pisze kolega praktykujący w Stanach Zjednoczonych istotą systemu amerykańskiego jest to, że "każdy martwi się o swoje. Jeśli jesteś pacjentem i złamiesz nogę, zawiążą Cię do Emergency Room, zrobią zdjęcie, ortopeda weźmie na sale operacyjna, wyjdziesz do domu na drugi dzien. Rachunki będą od: Emergency Ambulance (zwykle niezależny od szpitala), od Emergency Room (tam byłeś przyjęty), od Radiologii (zrobili zdjęcie), od Szpitala (sala operacyjna, leżenie i jedzenie, sala operacyjne z wyszczególnieniem gazików, staplerów, czasu, lekarstwa, itd.., od Lekarza z ER (przecież Cię oglądał), od ortopedy (konsultował, robił operacje, podejmował decyzje), od Anestezjologa, od Radiologa (przekazał raport ze zdjęć).  Jeśli np. Zakład Anestezjologii ma umowę ze Szpitalem, to koszty znieczulenia (pielęgniarka, rurka, gaz, leki, iv) są wliczone w koszty sali. Nie ma w tym co napisalem wiele przesady. Za tym idą koszty, które wystawiający rachunki musza ponieść, aby dojść do ostatecznych pieniędzy"  

Na pierwszy rzut oka można byłoby powiedzieć, że pomysłodawcy zmiany sposobu wypisywania recept swój pomysł zaczerpnęli z modelu niemieckiego. Tam faktycznie lekarz pobiera bloczki z izby lekarskiej, jednak po pierwsze - otrzymuje go za darmo, po drugie - nawet jeśli w określonej sytuacji nanosi dane na temat wielkości refundacji (wynikającej z trudnej sytuacji materialnej lub choroby uprawniającej do większych zniżek) to lekarz nie ma obowiązku sprawdzania, czy pacjent podał prawdziwe dane. Dane te wpisywane są więc na odpowiedzialność pacjenta, który musi wiedzieć lub posiadać dokument stwierdzający posiadanie takich uprawnień. Dane te zresztą nie są sprawdzane także przez farmaceutę. "W  Niemczech wszyscy pacjenci "kasowi" dopłacają za receptę jeśli się nie mylę w chwili obecnej ok. 7-12DM. W przypadku pacjentów, których dochody są poniżej pewnego minimum socjalnego są z tej stałej opłaty zwolnieni. Ustalają to ze swoja kasa i informują mnie przy wypisywaniu recepty. Ja nie sprawdzam niczego. Nie mam takiego obowiązku. Zakreślam tylko X pozycje zwolniony z dopłaty lub nie. Aptekarz nie sprawdza też absolutnie nic - wydaje leki i gotowe." Lekarz w Niemczech (przypomina to nieco model czeski) zobowiązany jest przestrzegać budżetu przeznaczonego dla każdego pacjenta i przy jego przekroczeniu zobowiązany jest różnicę dopłacić z "własnej kieszeni", jednak rozdziałem budżetu na pacjenta pomiędzy praktykujących lekarzy zajmuje się nie kasa chorych lecz związek kas lekarzy kas chorych, który jest instytucją samorządową. Procedura ta różni się w zależności od kraju związkowego i jest bardzo krytykowana przez lekarzy niemieckich.  W Austrii przepisy dotyczące wypisywania recept są bardzo proste "Nazwisko, adres, miejsce pracy i numer ubezpieczalni - odpowiednik polskiego PIT-u wypisuje na recepcie każdy pacjent osobiście, bo lekarz nie ma na to ani czasu ani ochoty". Całkowicie zwolniony z obowiązku ustalania wielkości stawki refundacyjnej oraz także z konsekwencji, gdy stawka ta zostanie określona nieprawidłowo jest lekarz we Francji. "We Francji recepty są wolne (jeśli lekarstwo nie jest narkotykiem). Pacjent płaci w aptece całość  czy tylko cześć, lub nic. To zależy o umowy miedzy apteką i kasą chorych, i organizacją ubezpieczeniową. Kasa chorych zwraca  pacjentowi 70% (normalnie) ale wybrane leki tylko w 30%, a leki które uważane są za "komfort" nie podlegają refundacji - pacjent płaci całość. W Alzacji zachowano dawniejsze prawo niemieckie, które refunduje koszty recept w  90%". W Szwajcarii system jest prosty i bardzo klarowny: "Recepty w ilościach dowolnych, z nazwa i adresem szpitala w nagłówku i bez innych cudów, mogą być stemplowane KAŻDĄ oddziałowa pieczątka i opatrzone najbardziej niewyraźnym z podpisów.  Pozostałe maja adres i telefon gabinetu, nie musza być stemplowane. Termin ważności do 6 miesięcy, który może być odnawiany trzykrotnie i na telefon. Pacjent jest zarejestrowany w aptece na podstawie "plastiku" (karty identyfikacyjnej) z kasy, w zależności od rodzaju ubezpieczenia ma różną "franchisse" (ba, minimalna kwotę powyżej której za leki płaci kasa) np. 200 CHF rocznie, to jest układ miedzy pacjentem i ubezpieczalnią". Jedynym znanym systemem, który ma cechy wspólne z proponowanym w nowym rozporządzeniu systemem polskim jest system czeski. Co prawda jak pisze nasz kolega lekarz z Czech "Jeżeli zaś  chodzi o rejestrowanie  recept jako  takich,  to  możesz napisać   właściwie  na  czymkolwiek. Musi być Twoje nazwisko  i  tzw.  numer  identyfikacyjny  lekarza  oraz kasy  chorych,  a  tych  jest  kilkanaście. Recepty  później  trafiają  do poszczególnych kas  chorych, tam są podliczane, aptekarze dostają  swoje  pieniądze za  leki". ale jak pisze dalej "Jeżeli przekroczysz   średnia  krajowa  w  preskrypcji  lekarstw ,  to musisz się liczyć  z  konsekwencjami. Im większe  jest  przekroczenie,  tym większą TY (chodzi o lekarza) zapłacisz karę  danej  kasie  chorych, do 50 %  ceny  leków". Jak widać Czechy stosują zasadę karania lekarzy za przekroczenie limitów przepisanych leków. Czyżby widać było tu nieprzypadkową zbieżność pokazującą, że w krajach postkomunistycznych, w których rządzący nie potrafią poradzić sobie z właściwym zorganizowaniem opieki zdrowotnej winą za niedostatki systemu próbuje się obciążać lekarzy? 

Dlaczego proponowane rozwiązanie jest złe? 

Po wprowadzeniu nowego rozporządzenia Polska - jak zapewniają koledzy lekarze polonijni praktykujący w różnych krajach - będzie chyba jedynym na świecie krajem w którym recepty nawet na najprostsze leki będą drukami ścisłego zarachowania a lekarz bardziej urzędnikiem niż przedstawicielem wolnego zawodu. Co więcej na podstawie recept, każdy będzie mógł określić na co choruje pacjent i ile i jakie leki zużył w ciągu danego czasu. Jeśli znacznie ważniejsze z punktu widzenia poufności informacje trafiają do popularnych gazet to nie łudźmy się, że pełne informacje o pacjentach nie będą "przeciekały" do osób i instytucji otrzymaniem takich informacji zainteresowanych. Jak słusznie zauważa kolega lekarz polonijny z Kanady "Jeżeli "nowe recepty" wejdą w użycie  to w Polsce firmy farmaceutyczne będą  miały znakomity ( choć nielegalny) wgląd w to, ile i co jaki lekarz  zapisuje". Bowiem (prawie) wszystkie dane będą szły do jednego "zasobnika" czyli  miejscowej Kasy Chorych. Znając układy w Kasach Chorych - odnoszę wrażenie, że będzie to tak jak "koszyk" używany w koszykówce"

Aby nasza, lekarzy krytyka była konstruktywna zastanówmy się jaki system w Polsce byłby znacznie tańszy i skuteczniejszy od recept drukowanych na papierze ze znakami wodnymi i kodem kreskowym, który i tak przecież jest możliwy do podrobienia? Zakładając nawet, że polscy pacjenci nie są przygotowani do tego aby podobnie jak w Wielkiej Brytanii składać oświadczenia o przysługujących im ulgom w postaci własnego podpisu na odwrocie recepty a kasy chorych nie będą w stanie prawdziwości takich wpisów sprawdzić to zastosowanie rozwiązania w którym farmaceuta - osoba bezpośrednio zainteresowana otrzymaniem refundacji leków sprawdzałby każdorazowo wielkość ulgi poprzez odczytanie danych z karty elektronicznej (lub dokumentu papierowego wydanego przez kasę chorych każdemu ubezpieczonemu) byłoby najprostszą i optymalną metodą. W dobie rozpowszechnienia kart kredytowych w Polsce i niewielkich kosztów ich stworzenia zastosowanie wzorem wielu krajów kart ubezpieczeniowych  przypuszczalnie byłoby rozwiązaniem nie tylko lepszym ale tańszym niż drukowanie blankietów recept zabezpieczonych znakiem wodnym. Rodzi się więc pytanie na które subskrybenci obu medycznych list dyskusyjnych nie uzyskali odpowiedzi - dlaczego ministerstwo forsuje rozwiązanie znacznie gorsze i niekorzystne zarówno dla chorych jak i lekarzy? 
 

Każdy pacjent powinien dysponować jednolitym dokumentem lub sprawdzalną w aptekach kartą elektroniczną pozwalającą na jednoznaczne określenie wielkości przyznanych mu ulg w zakresie refundacji leków. Farmaceuta sprzedający lek i ubiegający się potem o refundację części lub całości jego kosztów miałby bezpośrednią możliwość każdorazowego sprawdzenia i określenia wielkości kwoty jaką powinien pobrać od pacjenta w aptece. Wyeliminowanie z procesu określania wielkości refundacji  jaką ma uzyskać pacjent niepotrzebnego ogniwa jakim jest lekarz uprościłoby tą procedurę i dałoby większą możliwość kontroli wydatków aptece i kasie chorych.  Lekarz decydowałby o rodzaju, dawce preparatu i ilości leku, jaki powinien być wydany. Nie podejmowałby natomiast decyzji o cenie jaką ma za niego zapłacić pacjent. 

Rozporządzenie tak sformułowane narusza interesy pacjentów i lekarzy - w ogólnym pojęciu więc także dobro wspólne. Czas aby wprowadzić zasady obowiązujące z powodzeniem od wielu lat w cywilizowanych krajach świata. Czas aby zauważyć, że "Uprawnienie do ceny ulgowej jest uprawnieniem indywidualnym 
pacjenta, a nie tego kto przepisuje"  Czas również aby polskie władze odpowiedzialne za wdrażanie reformy systemu zdrowotnego odpowiedziały na ofertę lekarzy polonijnych - warto tu zacytować jedną z wypowiedzi "środowisko lekarzy polonijnych ma olbrzymie doświadczenia w rożnych aspektach medycyny.  Podczas ostatniego Kongresu Federacji Polonijnych Organizacji Medycznych w Warszawie zaproponowano Panu Ministrowi Rysiowi utworzenie ciała konsultacyjnego (sondażowego) z udziałem lekarzy polonijnych.  Chętnie podzieliliby się swymi doświadczeniami, nie dla przenoszenia złych doświadczeń do Polski, nie dla mówienia "jak robić", ale po to, by unikać niepotrzebnych błędów i zakrętów na podstawie swojej pracy w wielu krajach w których już rożnych rzeczy próbowano". Jednak nie można oprzeć się opinii, że władzom polskich w ogóle na tym nie zależy, gdyż jak widać "one wiedzą najlepiej" a idea zrobienia z lekarzy "psów łańcuchowych" reformy i kas chorych odpowiada im bardziej.  Stąd warto przytoczyć kolejną wypowiedź lekarza zza oceanu sceptycznie widzącego zainteresowanie polskiego ministerstwa taką pomocą ze strony środowiska lekarzy polonijnych "Zasadnicze obiekcje do wymyślanego systemu "polskich recept" to ja  zgłaszałem na polskiej pl.sci.medycyna już w listopadzie ubiegłego roku. Bez żadnego skutku... I dlatego mniemam, aby ze nie jest  możliwe  jakiekolwiek  sensowne współdziałanie miedzy lekarzami "polonijnymi" a  polskimi władzami służby zdrowia" 
A szkoda. Może uniknęlibyśmy sytuacji wielu błędów i nieprawidłowości - tych niewątpliwie nie da się uniknąć, jeśli zapowiedziana nowelizacja rozporządzenia odnośnie recept wejdzie. 
 

Uprawnienie do ceny ulgowej jest uprawnieniem chorego a nie lekarza, który przepisuje dany lek 

Jeśli Minister w porę się nie opamięta, to grozi nam wszystkim nowy "horror receptowy" który nikomu w niczym nie pomoże - a wręcz przeciwnie utrudni tylko życie lekarzom i pacjentom. 

(c) 20.marca  2001; wszystkie prawa zastrzeżone; Lista dyskusyjna "Lekarze"