Smierc w srodku miasta



Nie zgadzam sie z tym. Taki bomby z opoznionym zaplonem, jak opisywana przez autora tlumaczenia, sa wszedzie wokolo i tykaja czekajac na swe ofiary.
Pewien adiunkt pewnej kliniki byl swego czasu zamieszany w rozbrojenie jednej z nich.
Na ruchliwej ulicy lezal sobie wieczorkiem ubogo ubrany osobnik - NN. Podjechal radiowoz i zawiezli biedaka do izby wytrzezwien. W wytrzezwialce, po zimnym prysznicu, osobnik z lekka belkoczac wyrazil sie niepochlebnie o mamusi dyzurnego doktora.
Obraza dobrego imienia mamusi doktora i belkotliwa mowa wystarczyla do umieszczenia osobnika na liscie gosci tej szacownej instytucji. Po przymusowej, osmiogodzinnej terapii w wytrzezwialce wspomniany osobnik nadal belkotal i zachowywal sie agresywnie wiec z rozpoznaniem delirium tremens odwieziono go do czubkow.
U czubkow leczony pasami i hemineuryna. Po kilku dniach psychiatrzy spostrzegli sztywnosc karku i... sprzedali "deliryka" pietro nizej do neurologow. Transfer dokonal sie w samo poludnie(piatek) ale historia choroby zjechala po kilku godzinach wiec do poniedzialku pies z kulawa noga nie zainteresowal sie "delirykiem".
W poniedzialek "deliryk" zagoraczkowal do 39st. wiec neurolodzy zaczeli sie przygotowywac do rzutu karnego i we wtorek strzelili "deliryka" do... szpitala zakaznego z rozpoznaniem: zapalenie mozgu.
Zakaznicy w srode zorientowali sie, ze strzelono im gola i we czwartek ruszyli do kontrataku na bramke przeciwnika. Przeciwnik(neurolodzy) wykazali wysoka czujnosc i stwierdzili ponad wszelka watpliwosc, ze i owszem: "deliryk" przyjechal od nich ale w tzw. miedzyczasie ustalono, ze nie jest on NN, posiada adres i ten adres swiadczy niezbicie, ze rejonem neurologicznym "deliryka" jest inny oddzial w innym szpitalu - sorry Winetou.
Negocjacje z "innym oddzialem" neurologicznym przeciagaly sie, ale w piatek tenze oddzial mial ostry dyzur wiec transfer "deliryka" nastapil niejako przymusowo, tyle, ze... na interne.
Druzyna interny natychmiast(w ciagu kilku godzin) przekonala neurologow, ze oni owszem... graja ale nie w ten rodzaj pilki. Wydawalo by sie, ze nic nie zdola obronic bramki neurologii przed wstrzeleniem zgodnego z rejonizacja "deliryka" leczonego od tygodnia pasami i hemineuryna. W akcie rozpaczy neurolodzy probowali odkopnac "deliryka" zakaznikom.
Tego dnia Pan czuwal nad zakaznikami i zeslal na nich laske oswiecenia. Zakaznicy... wykonali rtg czaski i twarzoczaszki slusznie mniemajac, ze jak "deliryka" znaleziono na ulicy lezacego to mogl on zwyczajnie upasc i "cus" sobie zrobic. Ten tok rozumowania, wraz z laska oswiecenia i wykonanym rtg sprawil, ze stala sie jasnosc i na zdjeciu "wyszlo" zlamanie sitowia.
Polaczone chory(kreska nad o) zakaznikow, neurologow dwojaga szpitali i psychiatrow triumfalnie zaspiewalu .. hosaaaaanna! i strzelily gola na urazowke.
Pilka wpadla do bramki po poludniu. Bardzo mlody lekarz dyzurny rozpoznal zlamanie sitowia i zapalenie opon mozgowych, wlaczyl antybiotyk i poszedl spac.
W sobote dyzur przejal adiunkt urazowki i podtrzymal dotychczasowe leczenie.
W sobote wieczorem kontakt z chorym urwal sie definitywnie, wiec adiunkt dyzurny wykonal komputerowy scan glowy, opisanej przez radiologa na zdjeciu zwyklym jako "bez zmian"
W niedziele na dyzur przyszedl kolejny adiunkt i na wiesc, ze w klinice umiera chory "neurologiczny" z towarzyszacym zlamaniem sitowia zainteresowal sie tym przypadkiem. Tym bardziej, ze na kliszach tomograficznych zauwazyl ok. 1 mm paseczek czegos co wygladalo jak krew w przestrzeni podtwardowkowej, ale nie mialo jej typowej gestosci.
Badajac chorego stwierdzil, ze sztywnosc karku jest taka jakiej jeszcze w swej kilkunastoletniej karierze nie spotkal, temperatura dochodzi do 40,2 a oddech zaczyna przypominac oddech Cheyne-Stockesa.
Strach zmarszczyl d... adiunkta, ze "deliryk" zaraz wyjdzie Panu na spotkanie.
Z tego strachu przypomnial sobie, ze idac na dyzur spotkal idacego w tym samym kierunku radiologa.
Ow radiog byl zjawiskiem samym w sobie - charakteryzowal sie tym, ze zawsze na pytanie adiunkta kiedy mozna z chorym na tomografie odpowiadal - natychmiast.
Tak bylo i tym razem, chory pojechal na tomografie, adiunkt po drodze zamowil sale operacyjna i po wykonaniu dwoch skanow (na ktorych tajemniczy paseczek 1mm poszerzyl sie do 5mm) popedzil z "delirykiem" tracacym oddech na sale operacyjna.
Wiercac czaszke "deliryka" oczyma wyobrazni widzial jak wylatuje z roboty za wykonanie craniotomii w meningicie. Kiedy jednak po przewierceniu kosci dotarl do napietej, szarej, pokrytej wloknikiem opony twardej ogarnal go spokoj, mimo, ze slyszal glosy zyczliwych, jak zwykle, anestezjologow - "wariat, meningit leczy otwarciem czaszki".
Po nacieciu opony twardej siknela pod cisnieniem mlecznoszara, gesta ropa w objetosci ok 150 ml. To samo powtorzylo sie po stronie przeciwnej - 120ml.
Stan chorego nagle poprawil sie, cisnienie krwi i tetno ustablizowalo sie.
Adiunkt wiedzac juz, ze go nie wywala z roboty spokojnie zalozyl drenaz przeplywowy po obu stronach.
Nie byly to co prawda delikatne cienkie dreniki silikonowe, ale toporne dreny z twardego polietylenu sr.5mm ale z braku laku...
Chory po zabiegu pojechal na OIT i tam po dwoch godzinach pompowania powietrzem z maszyny podziekowal anestezjologom za dotychczasowa wspolprace samodzielnie wywalajac sobie dotchawicza rurke intubacyjna.
Drenaz przeplywowy utrzymano przez kilka dni, mimo, ze chory reagowal na polietylenowe rury tkwiace w jego glowie kilkoma napadami padaczkowymi.
Wyszedl z kliniki na wlasnych nogach, bez ubytkow neurologicznych, w dwa tygodnie po zabiegu, zyje do dzisiaj i ma sie dobrze,a adiunkt ktory go operowal tez:-)
W moim przekonaniu kazdy ma prawo do pomylki i nie obciazam wina nikogo za bledy diagnostyczne, tym bardziej, ze znam te historie tylko z jednej strony.
Jednak o pomste do nieba wola to, ze nikt z kierownictwa nawet nie probowal przedyskutowac z autorami bledow tego przypadku, wrecz przeciwnie wszelkie proby podjecia takiej dyskusji zostaly storpedowane argumentami w stylu: s...e do gniazda itp.

Takie tragiczne , jak opisane w tej historii jak i liscie wdowy, ciagi bledow postepowania leczniczego zdarzaja sie wszedzie i wcale nie tak rzadko, jakby to autor tlumaczenia chcial widziec.
Sadze, ze glowna przyczyna tkwi w... gwaltownym rozwoju medycyny. Jeszcze trzydziesci, nawet dwadziescia lat temu jeden czlowiek byl w stanie przyswoic sobie wiedze tzw. ogolnomedyczna i szczegolowa z zakresu swej specjalnosci. Wraz z rozwojem nauk medycznych ilosc informacji potrzebnych do "utrzymania poziomu" w zakresie jednej specjalnosci zaczela przekraczac mozliwosci percepcyjne jednostki.
Bronimy sie przed tym poprzez rozwoj kolejnych waskich specjalizacji, a te paczkuja w jeszcze wezsze. Powstaje wiec paradoksalna sytuacja w ktorej waski specjalista musi wiedziec co raz wiecej i wiecej o co raz to wezszej specjalnosci. Granica tego rozwoju jest stan w ktorym specjalista wie wszystko o... niczym.
Poniewaz jednak ktos musi leczyc ludzi, preferuje sie rozwoj "omnibusow", ktorzy, szczegolnie pod postacia polskich lekarzy rodzinnych szkolonych "krotka sciezka", sa dokladna odwrotnoscia waskich specjalistow, czyli wiedza... nic o wszystkim.
W calym tym zamieszaniu ginie zupelnie osoba chorego, co prowadzi do takich sytuacji jak ta opisywane przez autora tlumaczenia i powyzej. Sadze, ze prezentowany tekst powinien byc dla nas wszystkich bodzcem do zrobienia lekarskiego rachunku sumienia, uderzenia sie w piersi - czy aby moje postepowanie nie naraza moich chorych na niebezpieczenstwo.
Jezeli do tej pory nie mielismy wpadek to wcale nie jestesmy doskonali, wrecz przeciwnie powinnismy ze zdwojona uwaga dokonac rachunku sumienia, bowiem dziala tu nieublaganie inny rachunek - rachunek prawdopodobienstwa. Jezeli dlugo nie miales wpadki to znaczy, ze prawdopodobienstwo jej wystapienia zwieksza sie. Tym optymistycznym akcentem koncze:-)

chirurg z Polski

Copyright © 1999 Lista LEKARZE
Most recent revision Sunday,January 31 ,1999 .