Moje miejsce na ziemi - Maroko


Zafascynowani medycyną zachodu i pochłonięci własnymi problemami często zapominamy, czym naprawdę jest medycyna. Zapominamy czego się od nas oczekuje i jaki wpływ na te oczekiwania, na warunki naszej pracy i jej efekty mają ludzie, wśród których żyjemy. Wbrew pozorom, nie są to sprawy ani proste, ani łatwe. Niekiedy nawet są nie do końca przez nas rozumiane. Warto, abyśmy o tym pamiętali. Zrozumienie sytuacji politycznej, finansowej i gospodarczej kraju, w którym pracujemy pozwoli łatwiej podjąć najbardziej racjonalne decyzje. Decyzje dotyczące zarówno naszych pacjentów, jak i nas samych. Powinni o tym pamiętać szczególnie Ci z nas, którzy zamierzają podjąć pracę poza granicami Polski. Oto garść refleksji na ten temat naszego kolegi pracującego od ponad dwudziestu lat w Afryce -

"... Wyjeżdżając w roku 1975 na dwuletni kontrakt do Maroka wiedziałem tylko, że Tanger jest gniazdem przemytników, i że Robinson Crusoe był więziony przez piratów w Salé (miasto w Maroku tuż obok Rabatu). Na miejscu okazało się, że jest to prześliczny krajobrazowo i urozmaicony klimatycznie kraj mający długą historie i zamieszkały przez niezwykle sympatycznych, gościnnych i prawie zawsze uśmiechniętych ludzi. Maroko jest krajem biednym, wyniszczonym przez 25-cioletnią podjazdową wojnę z Polisario (czytaj Algierią) na Saharze, z analfabetyzmem przekraczającym 50% (a wśród dziewczynek na wsi nawet 90%). Jest również ostatnim królestwem w Afryce (Maroko to monarchia konstytucyjna - do niedawna prawie absolutna. Po wstąpieniu na tron Mohameda VI sytuacja zmienia się na korzyść). W spadku po protektoracie (czytaj kolonizacji) francuskim i hiszpańskim Maroko odziedziczyło skostniałą biurokracje i wszechwładną policję. Połowę budżetu Ministerstwa Zdrowia pochłaniają pensje! Do niedawna nie było żadnego systemu ubezpieczeniowego. Teraz buduje się zaczątki takiego systemu. Jak na razie obejmuje on około 1 milion obywateli - głównie pracowników sektora państwowego. Ale na zwrot kosztów leczenia czeka się niekiedy nawet dwa lata.

Może jeszcze trochę statystyki. W roku 1975 na 15 milionów mieszkańców w Maroku było około 2200 lekarzy. Obecnie na 30 milionów mieszkańców jest 9500 lekarzy.  Prawie połowa z nich (niecałe 4500 lekarzy) praktykuje na osi Rabat - Casablanka. W sektorze publicznym, który jest katastrofalnie niedoinwestowany i utopiony w masie pacjentów,  pracuje około 5000 lekarzy. Wynagrodzenia są jednak stosunkowo dobre; lekarze zarabiają od 4-ro do 12-to krotnej pensji minimalnej. Sektor prywatny obejmuje swoim zasięgiem około 25% ludności - tych, którzy mogą sobie pozwolić na opłacenie lekarza. Tu konkurencja  jest bardzo ostra. Pacjentów werbuje się na wszelkie sposoby - kierowcy taksówek są opłacani by wozili chorych do konkretnych lekarzy, przed gabinetami (a czasem nawet w poczekalniach) są werbownicy 'kradnący' pacjentów. Dychotomia jest na porządku dziennym. Pojecie 'etyka zawodowa' jest prawie zupełnie nieznane. Izba Lekarska wprawdzie istnieje, ale działa tak, jak inne instytucje (znajomości, bakszysz...).

Pewno zapytacie co ja tu robię? Jestem po prostu zafascynowany chirurgia jaka w Europie już nie istnieje. Po przyjedzie w roku 1975 okazało się, że mój oddział (130 łóżek) drenuje chorych z promienia 300 km zamieszkałych przez ponad 1 milion Marokańczyków. Ponad 3,5 tysięcy operacji rocznie. Początki były bardzo trudne i stresujące zwłaszcza, że wyjeżdżając z Polski wydawało mi się, że prawie wszystko umiem (11 lat pracy, dwójka i doktorat z chirurgii). Bez chirurgów dziecięcych, urazowców, neurochirurgów. Po prostu ich nie było! Przez rok nie było również ginekologa! Wtedy dopiero doceniłem odbyte różne staże, kółko chirurgiczne w Zabrzu, rok na chirurgii dziecięcej w Gliwicach, chirurgię naczyniowa w Montpellier, a nawet wakacyjne praktyki studenckie w Piszu! W pracy byłem ograniczony wyłącznie moim sumieniem i realistyczną oceną własnych możliwości. Wachlarz wykonywanych zabiegów był (i nadal jest) bardzo szeroki. Chorych operowanych dzieliłem na trzy grupy: 1/ wiedziałem co zrobić; 2/ nie wiedziałem, ale miałem w czym przeczytać - przywiozłem ze sobą cały bagażnik książek; 3/ nie wiedziałem i nie miałem w czym przeczytać. Niestety nie było się kogo zapytać, a internet wtedy nie istniał. Ale po okresie adaptacji poczułem się rzeczywiście potrzebny i czuję się tak do dzisiaj.

Zapytacie zapewne, jak porozumiewam się ze swoimi pacjentami. Początki były rzeczywiście trudne. Ale przez 25 lat nauczyłem się arabskiego w stopniu wystarczającym do pracy bez tłumacza.  Oczywiście chętniej używam francuskiego, zdarzają się też chorzy mówiący po angielsku czy hiszpańsku Brakuje mi tutaj języka niemieckiego. Trzeba też pamiętać o dzieciach. My przyjechaliśmy tutaj z dwiema małymi dziewczynkami - 3 i 7 lat. Zanim się zorientowaliśmy ich język zaczął przypominać język z wieży Babel. Nic zresztą dziwnego. W tym wieku mózgi są jak gąbki. A tu w domu polski, na podwórku arabski, w telewizji hiszpański, a w szkole francuski i angielski. Jednak w porę to spostrzegliśmy i dzięki ogromnej pracy mojej żony udało nam się to uporządkować. Najważniejszą zasadą było - w domu w jednym dniu wolno używać tylko jednego języka, w następnym dniu kolejny język itd. W rezultacie obie córki poza polskim mówią po angielsku, francusku, hiszpańsku i arabsku. Po skończeniu tutejszego liceum znalazły już sobie swoje własne miejsce w świecie.

Niektórzy skarżą się na panujący tutaj klimat. Mój kolega napisał do mnie - byłem raz i tylko jeden dzień w Maroku ( w Marrakesch’u) i nie wyobrażam sobie tam mieszkać, a tym bardziej pracować. Może dlatego, drogi kolego, że to był  Marrakesch, a nie np. Tanger. Maroko, jak już wspomniałem na początku, ma bardzo różnorodny klimat. W Marrakesch’u Europejczykowi może być zbyt gorąco. Ale w Tangerze? Poznałem wielu ludzi, którzy do Tangeru przyjechali na tydzień i zostali tu na całe życie (np. Paul Bowles - znany, niedawno zmarły pisarz amerykański - autor ksiażki-fetysza "Herbata na Saharze". Bertolucci zrobił z niej film "Pod opieka Nieba". Bowles byl zresztą naszym dobrym znajomym. Inna znakomitość to znana amerykańska malarka - Margaret McBey.  Zresztą Tanger od lat przyciągał ludzi z zewnątrz. Wystarczy tylko wymienić - Delacroix, Styka, T. Williams, Malcolm Forbs, B. Hutton, Bourroughs..).

Problemem dla Europejczyka może być natomiast zrozumienie sposobu życia, psychiki i praw tego kraju. Dla przykładu opowiem jak w roku 1977 chciałem w Tangerze uruchomić Pogotowie Ratunkowe. Wszystko zaczęło się od tego, że w ramach międzynarodowej pomocy Maroko otrzymało od Kanady 100 kompletnie wyposażonych karetek pogotowia. O ile pamiętam były to GMC z 8-mio cylindrowymi silnikami, automatyczną skrzynią biegów, klimatyzacja etc. Jedna taka karetka dostała się mojemu szpitalowi. W Maroku ofiary wypadków drogowych są zbierane z miejsca wypadku DOPIERO po oględzinach policji. Rannych dowożą do szpitali strażacy nie mający żadnego pojęcia w udzielaniu pomocy przedlekarskiej, a 'karetki' są wyposażone wyłącznie w nosze. Nawet ciężko ranni czekają długie godziny na miejscu wypadku, aż policja spisze zeznania świadków, aż przyjadą strażacy i zawiozą ich do szpitala. Dlatego wielu ciężko rannych umiera na miejscu wypadku lub w trakcie transportu. Nie dawało mi to spokoju, bo szereg rannych dałoby się uratować. Po wielu staraniach udało mi się doprowadzić do zebrania z gubernatorem, komendantem policji, komendantem straży pożarnej i lekarzem wojewódzkim. Poprosiłem ich o to, by zawiadamiali szpital o ciężkim wypadku, a ja wyślę natychmiast naszą karetkę z pielęgniarzem, anestezjologiem i stażystą, by rozpocząć ewentualną reanimację. Przedstawiłem tragiczną statystykę z dwóch lat i wyraziłem nadzieję, że uda się uratować chociaż cześć ciężko rannych. Nie uwierzycie mi jaka była odpowiedz gubernatora - 'Panie Doktorze, pan nie jest muzułmaninem, wiec nie może tego zrozumieć. Jeśli Bóg zechce by ci ranni żyli, to oni przeżyją bez waszej pomocy; a jeśli zechce by umarli to wasza pomoc nic im nie pomoże'. Koniec, kropka. I nie była to poza, bo kilka miesięcy wcześniej siostra króla Hassana II miała pod Tetuanem wypadek drogowy. Przez dwie godziny nikt z obecnych (policja, strażacy itp.) nie śmiał jej dotknąć i wyciągnąć z rozbitego samochodu. Dałem więc sobie spokój z pogotowiem. A co z karetkami? Karetki zostały powoli obrabowane z wyposażenia, a potem  przez lata widziałem je rdzewiejące na rożnych szpitalnych parkingach. Nie było żadnych części zamiennych, a poza tym paliły ogromną ilość benzyny. Opisana historia wydarzyła się w roku 1977, ale opis pierwszej pomocy nadal jest aktualny...".

Myślę, że te uwagi naszego kolegi z Maroka wciągnęły nas. Były nam bardzo potrzebne. Zaślepieni europocentryzmem często zapominamy o reszcie świata. O innych religiach. Innych systemach. Innych mentalnościach. I tym wszystkim krajom, tym wszystkim ludziom nie da się pomóc. Może zresztą oni wcale od nas tej naszej europejskiej pomocy nie chcą. Czasami wręcz odnosi się wrażenie, że np. wysokość śmiertelności okołoporodowej noworodków jest Ministerstwu Zdrowia na rękę. Jest to jak równia pochyla: brak dobrego systemu ubezpieczeń - brak pieniędzy na ochronę zdrowia - brak lekarzy - brak szpitali - brak wyposażenia - brak dostępu do świadczeń medycznych... Relacje takie występują nie tylko w Maroku. Nie tylko w państwach afrykańskich. Jeżeli wyciągnięte tutaj wnioski są rzeczywiście prawdziwe, to czy możecie sobie wyobrazić, jak w pewnym europejskim 40.000.000 kraju będzie wyglądała za parę lat opieka zdrowotna ?
 
 
 

Lista dyskusyjna LEKARZE

opracował na podstawie wypowiedzi uczestników listy : lek. med. Grzegorz Kurdziel


Copyright(C): Lista dyskusyjna polskich i polonijnych lekarzy LEKARZE
Most recent revision July 31, 2000