Decyzja należy do Ciebie ...

„Z badań przeprowadzonych przez zespół specjalistów z Kliniki Chemioterapii Instytutu Onkologii w Krakowie wynika, że
rozpoczęcie leczenia chorych na raka jest w Polsce opóźnione średnio o pięć miesięcy z powodu korzystania przez pacjentów
z niekonwencjonalnych metod leczenia. W tym czasie choroba nowotworowa rozwija się o co najmniej stopień, a to wiąże się
ze zmniejszeniem szansy na wyleczenie o ok. 20-30 proc" - powiedział w 1998 roku w wywiadzie dla ‘Wprost’ prof. Marek
Pawlicki, kierownik Kliniki Chemioterapii Instytutu Onkologii w Krakowie. W USA 60 procent pacjentów z rakiem zgłasza się
na leczenie we wczesnym okresie choroby. W Polsce tylko co trzeci taki chory alarmują polscy lekarze. I co. I nic. Reporterzy
i redaktorzy nadal zainteresowani są rewelacyjnymi, lecz niesprawdzonymi, metodami z Azji, Afryki lub Ameryki. Ludzie
majątek płacą za jakieś preparaty i seanse, a tymczasem co najmniej 6 tysięcy chorych na raka umiera co roku w Polsce z
powodu zbyt późnego rozpoczęcia terapii.
Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w pierwszą niedzielę października, kiedy to w programie TVP1 w audycji „Decyzja
należy do Ciebie" lekarz, chory na raka profesor medycyny, targany wątpliwościami nie może podjąć decyzji dotyczącej swojego własnego zdrowia i decyduje się w końcu na poradę u energoterapeuty zamiast na normalne leczenia onkologiczne.
Rozumiem, że obowiązujące w tym programie reguły wymusiły poniekąd na reżyserze takie właśnie zakończenie. Reżyser
próbował nawet zneutralizować tą decyzję kończąc program filozoficznymi słowami „...ujrzeć Neapol i umrzeć...". Czy to
jednak wystarczy? Jaki jest sens pokazywania bez odpowiedniego komentarza takich programów? Czy nie wpłyną one na
wytworzenie nieprawidłowych postaw i podejmowanie nieprzemyślanych decyzji przez ludzi u których choroba zagraża życiu?
Wynik teległosowania osiągnięty w tym programie jest zatrważający. Kilkaset głosów za typowym leczeniem onkologicznym
do kilku tysięcy głosów za leczeniem u bioenergoterapeuty. Świadczy to dobitnie o poziomie medycznego wykształcenia
polskiego społeczeństwa. O pracy ludzi odpowiedzialnych za promocję i ochronę zdrowia. O podejściu do spraw zdrowia
przez urzędy odpowiedzialne za finansowanie i organizowanie odpowiednich działań, aby podnieść świadomość społeczną
dotyczącą ochrony zdrowia.
Chciałbym chociaż trochę przyczynić się do zmiany tych zachowań. Do innego myślenia o problemach swojego zdrowia i
sposobach jego ochrony. Stąd też pomysł, aby podzielić się z Państwem wiadomościami o niekonwencjonalnych sposobach
leczenia jaka odbyła się ostatnio na internetowych listach dyskusyjnych LEKARZE i LEK-MED skupiających kilkuset lekarzy
Polaków z różnych krajów świata. Oto one -

„... Od dawna zajmuję się zawodowo medycyną alternatywną, chociaż jej nie stosuję ani nie polecam. Interesuję się
psychologicznymi aspektami chorób nowotworowych i wykorzystaniu psychoterapii w ich leczeniu. Fakt, że jestem lekarzem i
naukowcem mam nadzieje uchroni mnie przed otumanieniem. Tematem mojej pracy naukowej była biologia molekularna i
immunologia nowotworów, wydaje mi się więc, że mam bardzo solidne podstawy i znajomość najnowszych osiągnięć
naukowych i teorii rozwoju nowotworów. Dlatego po przeczytaniu artykułów, które mi przysłałeś włosy stanęły mi na głowie.
Najgorsze jest to, że w te wyimaginowane możliwości leczenia przez różnych 'magików' wierzą także ludzie skądinąd
inteligentni i poważni - pisze koleżanka z Anglii. - ‘The Journal of the American Medical Association’ (w Polsce na tej podstawie ukazał się artykuł "Bioenergofikcja" autorstwa pani Renaty Karwat we wspołpracy z panią Dorotą
Romanowską i panem Tomaszem Wojciechowskim zamieszczony w czasopismie Wprost z dn. 07.09.1998 - przyp. red.) opublikował wyniki eksperymentu przeprowadzonego przez Lindę Rosa - dyplomowaną pielęgniarkę działająca w amerykańskiej radzie ds. oszustw medycznych i dr Stephen'a Barretta - lekarza z Pensylwanii. Przeprowadzali oni badania mające na celu potwierdzenie skuteczności działań bioenergoterapii. W eksperymencie wzięło udział 21 osób zajmujących się bioenergoterapią ze stażem od 1 roku do 27 lat. W losowo wybranej kolejności terapeuci z zasłoniętymi oczami odgadywali, w którym momencie nad jedną z ich dłoni pojawia się ręka przeprowadzającego badanie. Czas udzielania odpowiedzi był nieograniczony. Na 280 prób tylko w 123 wypadkach badani prawidłowo wskazali miejsce przystawienia ręki. Stanowi to 44 proc. prawidłowych wskazań. Stąd wniosek, że odpowiedzi udzielano zupełnie przypadkowo. Staż praktyki terapeutycznej nie wpływał na liczbę trafnych odpowiedzi.
W 1996 r. James Randi Educational Foundation zaoferowało 750 tys. USD dla osoby, której uda się zademonstrować
zdolność wykrywania ludzkiego pola energetycznego. Zgłosiła się tylko jedna osoba. Niestety, badanie nie wypadło pomyślnie.
Mimo że oferta nadal jest aktualna, a kwota wzrosła do ponad 1 miliona amerykańskich dolarów, nie pojawiają się żadni
ochotnicy. I o czym to świadczy.
Znam osobę, która rozpoczęła leczenie choroby nowotworowej ... olejem słonecznikowym. Ssanie oleju miało przynieść
cudowne uzdrowienia z prawie wszelkich możliwych dolegliwości. Niepokoi mnie też dość często powtarzająca się moda na
'leczenie głodem'. A ostatnio pojawiła się... urynoterapia!!! Najgorsze jest to, że te wszystkie metody są publikowane w
magazynach, pismach dla kobiet, książkach, i że podpisują się pod nimi również niektórzy lekarze. Stąd pojawia się pytanie -
czy wykorzystywanie strachu przed choroba, poczucia bezradności chorego człowieka, może być bezkarnie wykorzystywane
przez szarlatanów?

Ostatnio często spotykam się z pytaniami pacjentów - co Pani sądzi o leczeniu 'vilcacorą'? Nie byłoby w tym nic dziwnego ani
niepokojącego, gdyby pytali o to tylko pacjenci, i gdyby chcieli jeszcze słuchać, co naprawdę o tym sądzę. Ale tak naprawdę
chcą tylko usłyszeć, że tak, że to wspaniały lek. I niestety denerwują się, gdy tego nie słyszą. Idą do innego lekarza. A gdy ten
także nie poprze ich sposobu myślenia idą do następnego i następnego. W końcu trafią na kogoś, kto powie, że wybrany przez
nich specyfik jest wspaniały, i dotychczasowi lekarze nic nie wiedzą o medycynie. Niestety osób takich jest coraz więcej. I
coraz więcej pacjentów im wierzy. Dodatkowo sprawę pogarsza fakt, że wiarę tą podtrzymują różnorodne czasopisma,
niewiele niestety mające wspólnego z medycyną. A tymczasem opinie onkologów dotyczące Vilcacory są jednoznacznie
negatywne. Przytaczane od czasu do czasu informacje o stosowaniu tego i tym podobnych leków w szpitalach sugerujące
wprowadzenie tego typu leków do naukowej medycyny są nieścisłe, aby nie powiedzieć celowo wprowadzające czytelnika w
błąd. Bo jak inaczej określić wiadomość, że w pewnym renomowanym szpitalu stosuje się 'Vilcacorę', gdy tymczasem lekarze
nie mogąc już nic 'naukowego' zaoferować umierającemu pacjentowi, zgadzają się na stosowanie oprócz normalnego leczenia
także 'leków alternatywnych'. Niestety, wszyscy pacjenci leczeni tym preparatem w niedługim czasie zmarli. Ale o tym
dziennikarze już nie piszą. No bo cóż to za sensacja. Nie leczył się, to umarł. Nieprawdaż. Czy taka wiadomość zwiększy
nakład gazety?...".

„... Zwolennicy stosowania Vilcacory chętnie posługują się 'faktami'. Można się więc dowiedzieć, że najważniejszy ze
składników Uncaria tomentosa (botaniczna nazwa Vilcacory) jest już oficjalnie zarejestrowany - pisze inny uczestnik naszej
dyskusji. -  Tak, to prawda, jest zarejestrowany jako kosmetyk (w połączeniu z aloesem) w formie żelu. Stąd jeszcze daleko
do leczenia nowotworów. Inny ważny argument to to, że związki obecne w wywarze Uncaria tomentosa indukują apoptozę
komórki nowotworowej! I rzeczywiście. Były robione próby 'in vitro' w tym kierunku. Przeczytałam co prawda tylko abstrakt
(Sheng Y, 1998) nie będę wiec krytykować autora. Nie wiem jaką metodologię zastosował w wykrywaniu apoptozy. Mógł on
jednak przy okazji sprawdzić effect C-Med-100 na normalne limfocyty. Ciekawe, czy potrafił indukować wybiórczo apoptoze
komórek nowotworowych. Osobiście wątpię, ponieważ byłaby to rewelacja. Ten sam autor opublikował niedawno, że
C-Med-100 ma zupełnie odwrotny ‘effect’ - zwiększa DNA repair (Sheng Y, 2000). Próżno jednak tej informacji szukać
wśród artykułów zalecających nowe sposoby leczenia. Półplotki, półfakty, półprawdy. A ludzie czytają i wierzą. Chcą wierzyć.
Przecież to ich zdrowie i ich życie. Ich samych lub ich bliskich. Niestety, dziennikarze jednoznacznie opowiadają się za
metodami medycyny alternatywnej nadając im całkiem nienależny rozgłos. A tymczasem zbyt wiele obserwuje na co dzień
tragedii związanych z zaufaniem do medycyny alternatywnej.
Dlatego muszę stanowczo podkreślić - jak na razie brak jest danych o skuteczności preparatów Vilcacory. W ich skuteczność
będzie można uwierzyć, jeśli zostaną w uznanym czasopiśmie medycznym przedstawione obiektywne wyniki badań
statystycznych wykonanych zgodnie z Evidence Based Medicine i poświadczą, że w grupie leczonej wystąpiła istotna
statystycznie wyższa przeżywalność. Przypominam jeszcze tym, którz są młodzi lub może już zapomnieli podobną aferę wokół
preparatu Tołpy. Teraz jest on powszechnie dostępny. Czar prysł. Nie spowodował on zmniejszenia umieralności na
nowotwory złośliwe. Generalnie większe zasługi w dziedzinie ratowania życia w chorobach nowotworowych poczynił o ironio
iperyt azotowy (gaz musztardowy) znany w medycynie jako Nitrogen Mustard niż jakikolwiek ‘cudowny preparat’...".

A tymczasem pacjenci Vilcacorę kupują. Zapisane przez lekarzy leki odstawiają. Łudzą się, że choroba ustąpi. Zapominają, że
obowiązujące w medycynie reguły są nieubłagalne. I albo się człowiek im poddaje, albo ryzykuje znacznie więcej niż zdrowia.
Ryzykuje swoim życiem.

Innym hitem ostatnich lat jest leczenie homeopatyczne. Nie jest ono nowością, swymi korzeniami sięga starożytności,dlatego
pewnie nie wzbudza takiego zainteresowania dziennikarzy. Ma jednak duże znaczenie w lecznictwie podstawowym, gdyż jest
dość często stosowne przez samych lekarzy. Oto wypowiedź jednej z uczestniczek internetowej dyskusji na temat tej metody
leczenia -

"... Moje pierwsze zetknięcie z homeopatią było dla mnie bardzo znaczące. Moja kilkuletnia córka miała ponad 40 stopni
gorączki i leciała przez ręce. Trafiliśmy do lekarza, który właśnie miał w przychodni dyżur (akurat była wolna sobota).
Diagnoza brzmiała: angina ropna. Lekarz wypisał mi receptę na antybiotyk, ale poradził (o ile w ogóle zechcę spróbować) by
wstrzymać się z podaniem antybiotyku do następnego dnia. Stwierdziłam, że nie było chyba antybiotyku, którego moje dziecko
by już nie przyjmowało, więc co szkodziło mi spróbować. Dziecko przespało niemal całe popołudnie, ale kiedy rano się
przebudziło, nie było śladu po jakiejkolwiek anginie i z pierwszym dniem tygodnia mogło bez problemu wrócić do przedszkola.
Jak to wytłumaczyć?..."

I odpowiedź lekarza -

„...Może po prostu tym, że większość chorób ustępuje sama, bez leczenia. Właśnie na tym fakcie opiera się zasada homeopatii
i innych cudów. Istota oceny skuteczności danego leku jest porównanie jego działania z innymi lekami i z brakiem leczenia.
Wszystkie rzetelne badania naukowe oparte na logice, którą się posługujemy w naszym zachodnim świecie medycznym, nie
wykazują różnicy między homeopatią a placebo. Sprawdziłem to w Medlin’ie - najlepszej i największej bazie medycznej w
internecie. Moją podejrzliwość w stosunku do tych 'specyfików' budzi też fakt stosunkowo wysokiej ceny za tego typu
specyfiki, a więc pieniądze. Jeżeli skuteczność tych leków byłaby porównywalna do specyfików konwencjonalnej
farmakoterapii to winny iść za tym ogromne pieniądze na badania, promocje itd. Dlaczego firmy produkujące leki
homeopatyczne i zbijające na tym fortuny nie prowadza uczciwych badań naukowych w celu weryfikacji ich skuteczności w
warunkach podwójnie ślepej próby z konwencjonalnym lekiem referencyjnym? Dlaczego nie promują agresywnie swoich
produktów wśród lekarzy podpierając się wynikami takich badań? Dlaczego firmy farmaceutyczne produkujące leki
konwencjonalne nie biorą się za produkcje leków homeopatycznych, które maja podobno udowodnioną zbliżoną
skuteczność?...Tymczasem roczna produkcja Oscillo opiera się na wątrobie jednej kaczki (tak przynajmniej twierdzą
przeciwnicy homeopatii). A przychód roczny wynosi 20 mln dolarów. To naprawdę sztuka, żeby umieć sprzedać kaczkę za
dwadzieścia milionów dolarów...".

Oczywiście zwolennicy homeopatii nie zgadzają się z tego typu stwierdzeniami.

"... A jeżeli chodzi o koszty homeopatyków, to przy ropnej anginie wolę wydać coś koło 5,00 PLN na Merculis Solubilis (w
potencji 30CH, czy też 200CH) i leku tego starczy mi jeszcze na bardzo długo (na wypadek gdyby tego typu infekcje miały
nękać mnie czy moją rodzinę częściej) niż na antybiotyk za 20 czy 30 PLN, (plus leki osłonowe i inne jeszcze środki
wspomagające), który mogę wykorzystać tylko przy jednorazowej kuracji - pisze wspomniana już wcześniej młoda matka. W
dodatku wcale nie ma gwarancji, że ten antybiotyk będzie tym trafionym i po dwu dniach stosowania nie będę musiała wykupić
innego, za kolejne 20PLN. I kto tu wyciąga kasę z kieszeni pacjentów? Ja cieszę się w każdym bądź razie, że leki
homeopatyczne istnieją i że mam alternatywę (podać antybiotyk, który przy częstszym stosowaniu kompletnie pozbawia moje
dzieci odporności, steryd czy może coś innego). Cieszę się też, że istnieją specjaliści w tej dziedzinie i, że wobec często
wrogiego stanowiska sporej części lekarskiego gremium, mają odwagę stosować te specyfiki i to nie dlatego, że ktoś ich
kieszenie nabija kasą, czy może mają małą wiedzę w zakresie tego co oferuje medycyna tradycyjna. I dlatego nie rozumię,
dlaczego przeciwnicy medycyny alternatywnej odwołują się do Etyki Lekarskiej w odniesieniu choćby do homeopatii. Zdaje
się, że królującą tam zasadą jest ‘Po pierwsze nie szkodzić’? Lekarze, którzy zaczęli z powodzeniem stosować homeopatię w
leczeniu swoich pacjentów, nie przestali nagle być lekarzami...".

Rzeczywiście, nie przestali być lekarzami. Ale ryzykują. Bardzo ryzykują. Narażają się na utratę prawa wykonywania zawodu.
Nie wierzycie. To pozwólcie, że zacytuję odpowiedni fragment kodeksu Etyki Lekarskiej (Rozdz. IV Art. 57): ‘Lekarz nie
może posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe lub bezwartościowe. Nie powinien także współdziałać z
osobami zajmującymi się leczeniem, a nie posiadającymi do tego uprawnień’. A przecież wywodząca się z XIX wieku zasada
działania homeopatii jest wg obecnej nauki kompletnie nonsensowna. Możecie powiedzieć, że to tylko mój wymysł. Że na
zachodzie ten sposób leczenia jest popularny. Taki obraz wyłania się z reklam i ‘naukowej działalności’ firm zajmujących się
alternatywnymi metodami medycyny. Zobaczmy więc jak jest naprawdę -

„... W USA lekarz używający oficjalnie tytułu MD (medical doctor) może pójść do wiezienia za praktykowanie 'prawdziwej'
homeopatii. Dr. Atkins, ten od diety Atkinsa, w swojej przedostatniej książce całą pierwszą część poświęca skargom na rząd
USA, który wsadził do wiezienia kilkunastu lekarzy za leczenie ziołami itp. Tak wiec prawdziwa homeopatia dla lekarza
posługującego się tytułem i mającego licencje MD (prawo do wykonywania zawodu) jest zakazana. Nie lekarze mogą
praktykować co chcą i leczyć wszystkie osoby, które się do nich zgłoszą. Rząd się w to nie wtrąca pod warunkiem, że pacjent
wie, iż nie jest leczony przez lekarza z licencją i że leczenie takie jest na jego własne ryzyko. Rząd USA i tutejsza Izba
Lekarska stoją na stanowisku, że jeżeli pacjent idzie do licencjonowanego MD (lekarza) to nie będzie narażony na żadne
niekonwencjonalne leczenie nie mające poparcia w naukowych badaniach. Jeżeli w USA widzicie, że lekarz reklamuje się
praktykowaniem homeopatii czy też alternatywnej medycyny - nie wierzcie mu. Jeżeli nie chce mieć odebranego prawa
wykonywania zawodu lekarza, to tylko udaje że praktykuje homeopatię. To co praktykuje to prawdziwa medycyna plus
bardzo wybrane i rozcieńczone cząstki homeopatii, tak wybrane żeby nie popaść w konflikt z prawem. Natomiast nie lekarz,
albo lekarz, który nie podaje się, że praktykuje z pozycji lekarza czyli MD, to taka osoba może praktykować co chce, byle nie
próbowała używać autorytetu tytułu MD w tych praktykach. Byłem z ciekawości na kongresie homeopatów europejskich
którzy jakby dla prowokacji wybrali sobie na miejsce kongresu Nowy Jork. Włosy się jeżą na głowie, np zamiast
antybiotyków na ropne zapalenie gardła homeopatia zaleca kapsułki wypełnione ropa z wycieku przy rzeżączce i tym podobne
leczenia..." - pisze lekarz z USA. Ale od razu poprawia go jego Kolega -

"... No wiesz... Nie przesadzaj....  Rzad USA nie ingeruje w sprawy praktyki lekarskiej (nie wydaje prawa praktyki i nie może jej cofnać, a czytajac Twój tekst możnaby odnieść takie wrażenie). Ale istnieje kontrola FDA (Food and Drug Administration) nad produkcją i sprzedażą leków.  Sprzedaż niezatwierdzonych przez FDA preparatów leczniczych połączona z przesyłką preparatu przez granice międzystanowe jest nielegalna.  Ktoś kto leczy niezatwierdzonymi preparatami wysyłając je pacjentom w innym stanie i pobiera za to pieniądze, naraża się na odpowiedzialność za dzialalność, która jest nielegalna.  Dotyczy to rownież niezatwierdzonych przez FDA preparatów ziołowych, jeżeli sprzedaje się je twierdząc, że coś leczą.  Można je sprzedawać, jeżeli twierdzi się,że jedynie mają 'działanie wzmacniające'.  Ale lekarz może je stosować jedynie tak długo dopóki ktoś go nie zaskarzy, że wyrzadził szkodę pacjentowi...".

„ W Kanadzie, przynajmniej w odniesieniu do akupunktury czy leczenia ziołami, jest nieco inaczej. W różnych prowincjach
może to różnie wyglądać, ale np. w Albercie 'College of Physicians' (tamtejsza ‘Izba Lekarska') pozwala lekarzom na
kierowanie pacjentów do akupunktury tylko wtedy, gdy ta druga osoba (akupunkturysta) posiada autoryzacje ze swojego
zrzeszenia ( np. Accupuncture Foundation of Canada). Wykaz instytucji mogących nadawać uprawnienia do akupunktury jest
znany i nie ma wątpliwości, że sprawdzają kwalifikacje danej osoby bardzo starannie. Co do stosowania ziół - College
pozwala lekarzom na stosowanie ziół o ile przedstawia dowód, że przeszli jakieś przeszkolenie w tym zakresie. Poza tym
lekarze musza stosować tylko metody, których działanie jest udowodnienie w postaci wyników badań. Co do kierowania do
innych uzdrawiaczy - zasadne jest, że jak pacjent jest poważnie chory to do zespołu leczącego zaprasza się kapłana danej
religii. Z reguły kapłani ci są jednak przeciwni udziałowi jakichkolwiek ‘nakładaczy rąk’ itp. Myślę, że jest to zgodne ze
zdrowym rozsądkiem..." - napisał mi lekarz z Kanady.

„W Niemczech jest odwrotnie - zaczął nam wyjaśniać nasz kolega zza zachodniej granicy. - Medycyna niekonwencjonalna
stała się u nas nie tylko podstawowym źródłem utrzymania dla wielu osób, które nie mają wykształcenia medycznego, ale także
jest obecnie dodatkowym, to bardzo ważnym źródłem, dochodów lekarzy prawie wszystkich specjalności. Zajęcie się
medycyną niekonwencjonalną stało się w tym wypadku konieczne ze względu na postępujące restrykcyjne ograniczenia
finansowe ze strony kas chorych i tzw. przedstawicielstw lekarzy rozdzielających przeznaczone na leczenie pieniądze. W
Niemczech pod pojęciem medycyny niekonwencjonalnej rozumie się wszystkie te metody leczenia, które nie są uznawane albo
refundowane przez kasy chorych, niezależnie od naszej własnej lekarskiej definicji (np. terapia ozonowa). Stosuje się je, żeby
choć po części zrekompensować straty na 'kasach'. Nawet oficjalnie istnieje tzw. lista "IGEL" metod leczenia indywidualnych i
na specjalne życzenie pacjentów - medycyna środowiska, ‘check-up’ sportowy itp.
W Niemczech panuje mentalność medycyny darmowej, czyli niewiele wartej. Dlatego pewnie ludzie wydają co rok co najmniej
kilka miliardów marek na bezsensowne preparaty i paramedyczne kuracje proponowane przez tzw. "Heilpraktiker" (osoby,
którym wolno leczyć po trzymiesięcznym kursie i zdanym prostym egzaminie w urzędzie). Stosowanie rezonansu
biomagnetycznego, wlewów doodbytniczych, akupunktury i wielu innych ‘metod leczniczych’ czyni ich ludźmi zamożnymi, a
przynajmniej lepiej zarabiającymi niż lekarze na kontraktach kasy chorych. W tej sytuacji nie widzę nic nagannego w tym, że i
lekarze zaczynają stosować podobne metody. Nawet jeśli chodzi o metody o nie potwierdzonej skuteczności, a które
pomagają pacjentowi lepiej niż medycyna. Zgodnie z zasadą ‘Wer heilt, hat recht’ - kto wyleczy, ma racje...".

Tak to wygląda w innych krajach. Nie chcę być jednak posądzony o stronniczość. O wrogość wobec zwolenników medycyny
alternatywnej. O małostkowość. Dlatego uważam, że powinienem oddać głos jeszcze jednemu uczestnikowi naszej dyskusji.
Oto jego wypowiedź -

„... Pytanie, które mi zadałeś dość wyraźnie porusza problem granic medycyny naukowej i alternatywnej. Tego co wiemy i tego
czego nie wiemy. Co oceniamy jako szarlataństwo, a co nim być może nie jest... Pozwól więc, że podzielę się z Tobą mymi
bardzo osobistymi refleksjami na ten temat. Być może nie zgodzisz się z nimi, ale ... Otóż to co wiemy to jest 'nasze'. Oficjalnie
uznane, udokumentowane plikami badań, ‘double blinded’, ‘placebo controlled’, potwierdzine wypowiedziami autorytetów ...
Ale jest sporo tego czego nie wiemy... Czego nie dowiemy się za naszego lub za pacjenta życia. O czym mądrzy dyskutują i nie
mogą znaleźć wspólnego mianownika. Z natury jesteśmy perfekcjonistami. Uważamy, że mamy rację, że wiemy więcej niż
można wiedzieć. Że tylko przeszkody materialne, brak funduszy, brak dobrego laboratorium, brak dobrego ‘enchanced MRI’
przeszkadza nam, aby być 'perfect' ... Jak czegoś nie wiemy to jesteśmy nieszczęśliwi. Gdy umiera nasz pacjent to jest to nasza
osobista porażka. Bo włożyliśmy tyle pracy, tyle wysiłku, tyle uczucia... I nie wyszło... I potem nie możemy strawić, że pojawia
się ktoś inny i proponuje leczenie moczem. I pacjent leci do niego, a nie chce zrozumieć, że nie ma dla niego ratunku...
A przecież to co wiemy teraz, to co teraz umiemy, co obecnie robimy i czym się chwalimy to za lat sto albo za dwadzieścia lat
będzie już 'drobiazgiem'... Że będą się po cichu rozdziawiać nad nami. Będą mówić o nas z politowaniem tak jak my mówimy
na temat wiedzy sprzed lat. Na temat "chorea minor", na temat guzów mózgu, na temat tego na co zmarła Barbara
Radziwiłłówna... Albo Proust ... Albo Chopin ...
Kiedy stajemy wobec granic naszej wiedzy czujemy się nieswojo. Bo najtrudniej nam przez gardło przechodzą proste słowa -
‘Nie wiem co Pani jest, proszę Pani’. Spędziłem w medycynie ponad 30 lat i ciągle się uczę. I ciągle mi tej cholernej wiedzy
brakuje. Ale jeżeli już nauczyłem się mówić, że nie wiem, przynosi mi to ulgę. Uważam też, że za rzadko mamy wiedzę i
umiejętności na temat tego jak się zachować, gdy nasza wiedza się kończy. Kiedy nie możemy już pomóc... Nie wiemy co
zrobić, aby pacjent nie szukał pomocy u 'znachorów', którzy w tym momencie górują nad nami tym, że umieją sprzedać
nadzieję, której nam już brakuje...".

Kiedyś używało się pojęcia 'sztuka lekarska'. Teraz mówi się 'serwis', 'śwadczenia','uslugi'. Sztuki lekarskiej nie można się
nauczyć. Albo się ma łatwość kontaktu z ludźmi, instynkt odpowiedniego zachowania się adekwatnego do aktualnej sytuacji,
oczekiwań, osobowości pacjenta albo się tego nie ma. To jest sprawa talentu tak jak ma się talent do muzyki koszykówki czy
matematyki. Można być w płaszczyźnie prywatnej bardzo miłym i komunikatywnym, a zupełnie się nie nadawać do rozmowy z
pacjentem, nie mówiąc już o 'prowadzeniu pacjenta w jego chorobie'. W tej sztuce jesteśmy często bici przez siusiupijców,
bioenergetyków, uzdrawiaczy rękoma i skrajnych zwolenników medycyny naturalnej. Również nasza szkolna terapia wyszła z
medycyny naturalnej. Dlatego nie śmieję się z doniesień o nowych ziołach, sposobach leczenia, specyfikach. Oczywiście nie
jest wykluczone, że związki wyizolowane z Vilcacory mogą się w przyszłości okazać użyteczne. Tak się zdarza. Dla przykładu
można przytoczyć historię leku znanego i stosowanego od bardzo dawna w medycynie ludowej w postaci wywaru, a po
zidentyfikowaniu i wyizolowaniu substancji czynnej i następnie sztucznej syntezie produkowanego na skale masowa. W ten
sposób właśnie odkryto obchodzącą swoje stulecie stosowania..... 'Aspiryne' czyli kwas acetylosalicylowy występujący w
korze białej wierzby (Salix alba). Dziś jednak nikt nie będzie żuł liści tylko weźmie tabletkę ‘digitalis’. I również w przyszłości
nie będą pić na śniadanie smakowitej uryny tylko wezmą maleńka kapsułkę zawierającą enzym wyizolowany z sików, który
dajmy na to zapobiega np. chorobie Alzheimera. A co. Nie może tak być? Właśnie, że może. Mogę postawić taką hipotezę.
Ale na tej podstawie nie piłbym jeszcze dzisiaj uryny.
 
 

Lista dyskusyjna LEKARZE

opracował na podstawie wypowiedzi uczestników listy LEKARZE i LEK-MED lek. Grzegorz Kurdziel


Copyright(C): Lista dyskusyjna polskich i polonijnych lekarzy LEKARZE
Most recent revision October 31, 2000