Ściąga - solidarność czy nieuczciwość?
W jednym z pierwszych dni lipca na wszystkich polskich Akademiach
Medycznych zasiedli w ławach nowi kandydaci chętni nabywania medycznej
wiedzy. Musieli wykazać się dużą dozą wiadomości z biologii, fizyki i chemii
chcąc osiągnąć dobry wynik z trudnego testowego egzaminu. Wszak ilość
miejsc była ograniczona, a kandydatów wielu. Tych, którzy się dostali na
studia czeka teraz następny wysiłek - dobrze się uczyć. Zdawać kolejne
egzaminy. Ci, którzy w tym roku nie mieli tyle szczęścia będą mieć swoją
szansę znowu - za rok. A my, jako że czas egzaminów wstępnych już się zakończył,
możemy teraz spokojnie zastanowić się nad filozoficznym trochę tematem
- jak to jest z tymi egzaminami. Czy ściąganie to dobry, czy nieuczciwy
sposób zaliczania kolejnych klasówek i egzaminów. Jak ocenić fakt ściągania
i dawania ściąg na lekcjach lub dyktandach? Czy ta solidarność w wieku
szkolnym przekształci się w później w szlachetne postępowanie, czy też
odwrotnie. W szkołach, w których się uczyłem presja była taka, że
ściąganie nie jest przestępstwem, a ten kto nie pomaga jest 'wrogiem'.
Teraz nie ma już takiej solidarności miedzy uczniami. W niektórych liceach
panuje podobno tak ostra i niezdrowa konkurencja miedzy uczniami, że potrafią
podpowiadać czy też dawać ściągnąć celowo błędne informacje, żeby
ten drugi przypadkiem nie wypadł lepiej. To ja już wole naszą dawną solidarność.
I chyba nie tylko ja.
Z lat szkolnych pamiętamy, że ściąganie było kawalerskim aktem odwagi.
Było czymś czego uczniowie nie potępiali. Było wyrażeniem zaradności i
sprytu życiowego. Stwarzało pewna atmosferę należenia do tej samej
wspólnoty dla chłopaków i dziewczyn o nieco rożnych zdolnościach intelektualnych.
Ten co wiedział - kujon - miał jedyną możliwość bycia zaakceptowanym przez
większość. Wiec ten kujon dawał ściągać, gdyż inaczej był uważany
za wyrodka. To była tradycja szkolna od lat. Wtedy zresztą nie miało to
większego znaczenia. Nie było konkurencji. Nie było egzaminów wstępnych,
testów, wyborów, świadectw, rozmów kwalifikacyjnych. Każdy idiota mógł
studiować, jeśli tylko mógł sobie na to finansowo pozwolić. Obecnie wszystko
się zmieniło. Teraz posiadane wiadomości są największym dobrem. Czy
wiedząc, że szansa dostania się na upragnione miejsce w szkole czy
na studiach wynosi 1 do 5-ciu ktoś altruistycznie będzie pomagał
swojemu konkurentowi dając mu właściwe odpowiedzi jako ściągę?
... Pewnie wszyscy zgodzimy się, że ściąganie sensu stricto nie
jest uczciwe - napisał jeden z lekarzy pracujących obecnie w Kanadzie.
- Ściągać od kogoś jest źle, bo ...jak się Jan nie nauczy za młodu...'.
Ale czy na pewno. Czy ta wiedza Janowi będzie rzeczywiście potrzebna. Popatrzmy.
Jeżeli ktoś ściągał z matematyki, bo nie mógł pojąć całek i dzięki temu
ściąganiu skończył szkole, a następnie został laureatem nagrody Nobla w
dziedzinie biologii, to czy to ściąganie było takie złe. Czy gdyby nie
ściągał, dostał dwoję i poszedł do szkoły zawodowej to było by lepiej.
Można oczywiście moralizować- jak będzie leczył ten kto ściąga? Z próżnego
i Salomon nie naleje, a niestety medycyna to - oprócz konieczności myślenia
- znajomość faktów. Ale czy na teście z biochemii, brak dokładnej znajomości
cyklu Krebsa, jest aż tak ważny? Ja wiem, że cała wiedza się liczy i osobiście
jestem przekonany, że wykłady z filozofii na medycynie zrobiły z
nas lepszych lekarzy. Ale oblany egzamin z powodu nieznajomości pewnych
detali reakcji biochemicznych może wyeliminować jednostki, które nie powinny
być wyeliminowane. Zresztą uważam, że przez szkołę podstawową, średnia
i wyższą nie da się przejść tylko dzięki ściąganiu. Trzeba umieć i to dużo.
Każdy ma jednak jakieś swoje słabe punkty, gdzie ściąganie może pomoc i
nie wpłynąć negatywnie brakiem tej wiedzy na wykształcenie. Może więc trzeba
zmienić system egzaminów. Coraz częściej podczas egzaminów można korzystać
z książek i wtedy ściąganie nie ma sensu - dzieje się to w przypadku, gdy
nie jest ważne pokazanie, że ma się pamięć, lecz gdy egzaminator sprawdza
umiejętność korzystania z nabytej wiedzy. Tak jest na niektórych
zagranicznych uczelniach. Moja żona kończyła medycynę na McMaster (unikalny
system nauczania), gdzie egzaminów nie było, ale były sprawdziany typu
- masz temat, idź do biblioteki i później porozmawiamy sobie. W końcu jeśli
ja mam dziecko z metabolicznym problemem, który zdarza się raz na 30 tysięcy
przypadków, to co robię? Lecę do swoich ściąg, szukam w książkach, czytam
po raz tysięczny o cyklu Krebsa, szukam w internecie, a ostatecznie dzwonie
do kolegi (endokrynologa lub biochemika) żeby mi podpowiedział co mam robić.
Czy uważacie, że powinienem wszystko to mieć w swojej głowie i obudzony
o trzeciej nad ranem wyrecytować każdy metaboliczny proces? Może więc ściągać
to nie aż taki duży grzech. OK, przyznaje się - przez cały czas edukacji
(szkoła podstawowa, średnia, AM) korzystałem ze ściągania i musze
się pochwalić kilkoma przyzwoitymi osiągnięciami w tej dziedzinie. Trochę
głupio tak zabierać głos wśród samych świętych nie ściągających kolegów
(no, kto się jeszcze przyzna że ściągał), ale powiem szczerze - nie żałuję
i nie mam specjalnych wyrzutów sumienia. Pewnie bez ściągania oblałbym
kilka, może kilkanaście egzaminów. Może nawet nie byłbym teraz lekarzem.
Ale...".
... Ściąganie jest odpowiedzią na system egzaminowania - pisze natomiast
inny z kolegów. Egzamin testowy nie sprawdza - niestety - wiedzy. Sprawdza
zdolność wytypowania punktowanej odpowiedzi na dane pytanie. W zależności
od typu testu są różne techniki dochodzenia do tej odpowiedzi. Zupełnie
niezależnie od wiedzy na dany temat. Egzaminatorowi nie chce się sprawdzać
wiedzy studenta. Chce po prostu znaleźć jakiś sposób zaliczenia - daje
test i krzywą Gaussa (ołówek musi mieć odpowiednią twardość, by komputer
zliczył punkty i wydrukował listy z podziałem na śpiewających psalmy i
zgrzytających zębami). Ten sposób egzaminowania przyczynia się do ogólnego
obniżenia poziomu, bo siłą rzeczy w większości przypadków premiowana jest
wiedza encyklopedyczna bądź pewne prymitywne schematy. Finezji myślenia
za pomocą testu sprawdzić się nie da. Ponieważ testy nie mogą się powtarzać,
zamiast zasadniczych spraw na testach pojawia się coraz więcej trzeciorzędnych
szczegółów.... Jeśli egzaminatorowi naprawdę zależy na sprawdzeniu wiedzy
- przeprowadza z zainteresowanym rozmowę. Ale któż traciłby czas na takie
duperele...
Uczyłem się na jednej z polskich AM. Podstawowe premiowane hasło to
- zakuć - zdać - zapomnieć. Studia dały mi żałośnie mało. Kojarzę je z
mnóstwem straconego bez sensu czasu. Nikogo nie interesowało, co umiem,
co zdobywam. Miałem mieć odpowiednią liczbę pałek oznaczających obecność
i strzelić odpowiednią ilość punktów na teście. Dostosowałem się do tego
systemu, opanowałem go z duża biegłością. Dzięki temu trochę z tych sześciu
lat uratowałem. Zdążyłem pobawić się w politykę. Pojeździć po świecie.
Podszlifować języki. Zarobić trochę pieniędzy... A prawdziwej medycyny
zacząłem się uczyć znacznie później. Na egzaminie specjalizacyjnym żadnego
testu nie było tylko kilku facetów, którym chciało się poświęcić mi trochę
czasu i ze mną pogadać... Podobnie było na egzaminie doktorskim. Dlatego
uważam, że tej właściwej wiedzy i tych rzeczywistych umiejętności medycznych
nie da się ściągnąć...".
"... a mnie się nadal wydaje, że ściąganie jest oszustwem - pisze ktoś inny. - I to podwójnym, bo oszukuje się i egzaminatora i samego siebie. Czy chcesz powiedzieć, że studia medyczne są niepotrzebne, a medycyny można się nauczyć robiąc specjalizację ? Wydaje mi się, że powód takiego traktowania studiów wynika z niedojrzałości psychicznej osiemnastolatków, którzy z liceum bezpośrednio trafiają na wyższą uczelnię. Nie jestem amerykanofilem, ale uważam, że tamtejszy system podziału studiów na undergraduate i graduate jest słuszny, bo daje czas na uzyskanie pewnej elementarnej, encyklopedycznej, ogólnej wiedzy niezbędnej każdemu wykształconemu człowiekowi To nie przypadek, że na ścisłych kierunkach studiów uczy się łaciny, greki, literatury, historii itp. Pozwala to również na uzyskanie większej dojrzałości psychicznej. Sądzę, że dlatego zachęca się studentów do podjęcia pracy przez rok lub więcej przed podjęciem dalszej nauki na wyższej uczelni...".
" ... I ja popieram zdanie Kolegi - pisze lekarz z USA. Szczególnie
w zawodzie lekarza solidna wiedza i umiejętności zdobyte dużym nakładem
wysiłku i oczywiście czasu mogą być jedynym gwarantem poprawnego
wykonywania tak odpowiedzialnej pracy. W USA osoby które nie spełniają
wymagań treningu medycznego muszą go opuścić. Nikt z tego powodu nie
wylewa łez i każdy ma poczucie odpowiedzialności za efekt swojej
nauki. Tak więc pobłażliwość dla miernoty jest bliska zeru. Takie samo
postępowanie jest widoczne wśród rezydentów, pomiędzy którymi jest olbrzymia
rywalizacja o pozycję, a szczególnie możliwość lepszej pracy w przyszłości.
Piszę o tym dość rozwlekle, ale tylko po to by wrócić do mojej przeszłości.
Kiedyś na egzaminie specjalizacyjnym pomogłem jednemu ze zdających
kolegów. Oblał już dwa razy ten egzamin i oblanie po raz trzeci wyeliminowało
by go z dalszej możliwości robienia specjalizacji. Ale do tej pory mam
mieszane uczucia czy był to akt humanitarnej pomocy osobie, której kariera
życiowa była zagrożona, czy też głupota z mojej strony pozwalająca przetrwać
osobie nie mającej predyspozycji pozwalających sprostać olbrzymim wymaganiom
chirurga. Teraz, po latach pracy w USA, nie miałbym problemu z rozwiązaniem
takiej sytuacji, ale wtedy w Polsce odpowiedź wcale nie była taka prosta.
Dlatego mam nadzieje, że konkurencja i wymagania będą się zmieniać i źle
pojęta pseudohumanitarna pomoc będzie z czasem wyeliminowana, dając możliwość
rozwoju najbardziej utalentowanej i zdolnej młodzieży na poprawienie oblicza
polskiej medycyny...".
"... Jestem zdecydowanie przeciw ściąganiu. Jest to oszustwo. W sytuacji gdy ktoś ma pustkę w głowie z powodu losowego przypadku, zmartwienia, nieszczęścia - może rzeczywiście powinno się mu pomóc. Szanujmy dżentelmenów. Ale patentowanemu leniowi? Byczył się na słonku, pływał na basenie, dziewczyny podrywał - a Ty o tym wiesz. Siedzisz nad książką lub w bibliotece i kujesz, a na sprawdzianie ten facet bezczelnie chce od Ciebie ściągać. I tu mam być altruistą? W szeregu amerykańskich uniwersytetów nowowstępujący student podpisuje 'honor role', gdzie zobowiązuje się nie ściągać i nie korzystać ze ściąg (za co grozi wyrzucenie z uczelni). Później, w czasie studiów testy wyglądają tak, że uczący rozdaje formularze grupie studentów i wychodzi z sali. Wraca po godzinie czy dwóch by zebrać odpowiedzi. I w czasie jego nieobecności nikt nie ściągał! Uważam, że uczy to uczciwości i solidności!..".
Na koniec czas się przyznać. Całą tą dyskusję wywołało niewinne pytanie
kilkunastoletniego chłopca - " ... tato, co mam zrobić, bo Michał wciąż
ode mnie ściąga na klasówkach?...". I jak tu dobrze wytłumaczyć, kiedy
tu sprzeczność za sprzecznością z jakiegokolwiek końca by tego nie zacząć.
Uczciwość i solidarność. Egoizm i altruizm. Kara i nagroda. Tradycja i
nowoczesność. Samo powiedzenie ściąganie jest nieuczciwe i kropka upraszcza
zbyt sprawę i raczej nie przygotowuje do życia. Ale z drugiej strony czy
można pozwalać na oszustwo?
Nieuczciwość do której młody człowiek jest przyzwyczajany w szkole
średniej, a nawet podstawowej, może utrzymać się do końca życia. Ze wszystkimi
tego konsekwencjami dla podejścia do spraw zawodowych, społecznych
i politycznych. Dlatego uważam, że nie tylko nie dawanie ściąg, ale także
uczciwość w postępowaniu egzaminacyjnym do szkół średnich i na wyższe uczelnie
ma tutaj podstawowe znaczenie. Ściąganie jest przyznaniem się do
porażki, do głupoty. Bardziej szlachetne jest z honorem niewiedzy
pójść na dno. Wymaga to jednak mądrego psychologicznego podejścia
i odpowiedniej profesjonalnej instrukcji dla nauczycieli. Mówienie, że
ściąganie jest be sprawy nie załatwi.
.
opracował na podstawie wypowiedzi uczestników listy : lek. med. Grzegorz
Kurdziel
Copyright(C): Lista dyskusyjna polskich i polonijnych lekarzy LEKARZE
Most recent revision July 31, 2000