Medycyna po angielsku
Wiosna, matury, egzaminy wstępne na wyższe uczelnie, dylematy stojące przed młodymi ludźmi poszukującymi swojej drogi życiowej - wszystko to skłania do przemyśleń o przyszłości polskich akademii medycznych i możliwościach uzyskania pracy przez opuszczających ich mury nowych adeptów sztuki lekarskiej. Jedną z takich możliwości jest szukanie pracy poza granicami Polski. Właśnie o tej sprawie napisał niedawno jeden z Kolegów z USA -
...Chciałbym wyjaśnić kilka mitów odnośnie studiów medycznych w Polsce
w czteroletnim programie po angielsku - w szczególności odnoszących się
do studentów z późniejszymi planami pracy w USA i Kanadzie. Od kilku
lat pełnię rolę konsultanta dla programów szkolenia medycznego w Polsce
(AM w Katowicach i Lublinie) oraz dla organizacji Hope Medical Institute,
która zajmuje się rekrutacją i wszelkimi sprawami związanymi z tymi studiami
na kontynencie amerykańskim. Z moich informacji wynika, że czteroletni
program w języku angielskim prowadzą AM w Lublinie, Katowicach, Krakowie,
Poznaniu i w Warszawie. Nie będę zanudzał szczegółami. Są one zresztą dostępne
na internetowych stronach poszczególnych uczelni medycznych oraz Hope Medical
Institute (HMI). Ale kilka najistotniejszych spraw ciągle podnoszonych
w dyskusjach chciałbym tutaj jednak przypomnieć.
Po pierwsze - licencja. Każdy student musi przejść przez normalny system
nostryfikowania dyplomu. Powinien zdać jak najszybciej USMLE (Part I, potem
Part II) oraz Clinical Assessment Test. Ten ostatni egzamin to nowy
test, kosztuje prawie $1400 i zdaje się go tylko w Filadelfii. Jego celem
jest ocena zdolności klinicznego myślenia przez kandydatów na lekarzy.
Cel ukryty to redukcja liczby wydawanych certyfikatów - nie każdego będzie
przecież stać na podroż, nie każdy też dostanie wizę, itp. ... Tymczasem
absolwenci szkół akredytowanych przez AAMC (istnieje 125 takich szkół w
USA i kilka w Kanadzie) zdają praktycznie te same egzaminy - nie musza
oni jednak zdawać Clinical Assessment Test.
Po drugie - nieprawda są jakiekolwiek próby anonsów, że studia te są
łatwiejszą, bo bez nostryfikacji, drogą do licencji amerykańskiej. Dyplom
nostryfikować trzeba, a ułatwienie może polegać jedynie na tym, że nauka
odbywa się w większości po angielsku i z angielskich textbooks oraz (a
może przede wszystkim) możliwością rotacji klinicznych na trzecim i czwartym
roku w szpitalach amerykańskich (patrz niżej) zwłaszcza dla studentów,
dla których język angielski jest językiem ojczystym.
Po trzecie - akredytacja. Tutaj jest chyba najwięcej kontrowersji.
Istnieje akredytacja państwowa i stanowa. Kilka uczelni w Polsce posiada
akredytację przyznaną przez US Department of Education (akredytacja państwowa).
To znaczy, że są one rozpoznawane przez amerykańskie władze jako jednostki
edukacyjne. Uczący się w nich studenci (dotyczy to obywateli USA
lub posiadaczy green cards) mogą starać się o pożyczki (Federal Loans)
w taki sam sposób jak ich koledzy, studiujący w USA. Z kolei Board Of Medicine
w niektórych stanach (stąd akredytacja stanowa) wymaga, aby studenci odbywający
swoje rotacje kliniczne w Szpitalach tego stanu pochodzili z instytucji
akredytowanych (czytaj: rozpoznawalnych) przez ten Board. Po prostu nie
chcą, aby młodzi ludzie, przychodzący nie wiadomo skąd, snuli się po oddziałach
tzw. Teaching Hospitals. Władze stanowe (np. New York) wymagają od
uczelni określonego programu. Sama akredytacja (sposób jej załatwienia)
jest też dość żmudna, ale w moim przekonaniu niezwykle przydatna dla polskich
uczelni. Obie AM (Lublin i Katowice) maja takie akredytacje i ich studenci
mogą mieć zajęcia kliniczne w Szpitalach stanu Nowy York. Oczywiście rotacje
te powinny być zgodne z programem polskich studiów i kontrolowane przez
Biuro Dziekana. Współpraca miedzy AM w Polsce a uniwersytetem amerykańskim
w tym konkretnym procesie może oznaczać, że studenci mogą mieć rotacje
kliniczne w szpitalach tegoż uniwersytetu, profesorowie mogą przyjeżdżać
(w obie strony) na seminaria, wykłady, nowe doświadczenia.
Jest to jednak współpraca bardzo luźna. Akademie musza przyjąć, że
one są odpowiedzialne za dyplom i nikt inny nie może i nie powinien ich
w tym wyręczać.
I na koniec chyba najważniejsze - uzyskanie rezydencji w Stanach Zjednoczonych.
Absolwenci w/w programów są nieco uprzywilejowani w stosunku do tysięcy
innych IMG (International Medical Graduates). Są to przecież najczęściej
znający system i język obywatele USA. Są jednak traktowani jako absolwenci
zagranicznych, a nie amerykańskich, uczelni. Zatem w kolejce o miejsca
rezydenckie stoją nieco wyżej od tysięcy innych IMGsów, ale nieco niżej
od US MDs, czyli niezależnie od narodowości absolwentów amerykańskich
uczelni medycznych....".
Tyle o możliwościach uzyskania licencji przez studentów polskich akademii
medycznych. Ale oprócz pracy na terenie Stanów Zjednoczonych czy też Kanady
istnieje wiele innych krajów, gdzie polscy lekarze mogą uzyskać pracę.
Pracę prawie zawsze lepiej płatną niż w kraju. Nawet jeżeli jest to praca
w międzynarodowych instytucjach charytatywnych.
Mniej więcej od dwóch miesięcy, bo od początku marca, uczestnicy listy
dyskusyjnej "LEKARZE" skupiającej polskich i polonijnych lekarzy, chcąc
pomóc swoim Kolegom w kraju uruchomili takie właśnie małe prywatne biuro
zatrudnienia szumnie nazwane z angielska Clearinghouse. Lekarze, pielęgniarki,
technicy medyczni mogą tam znaleźć oferty zatrudnienia poza granicami
Polski. Wymagane jest posiadanie kwalifikacji i umiejętności takich jakie
są przeciętnie wymagane w krajach rozwiniętych, no i oczywiście znajomość
przynajmniej jednego języka obcego. Oferowana płaca dla lekarzy mieści
się najczęściej w granicach od 3 do 8 tysięcy dolarów USA miesięcznie.
Osoby, które są zainteresowane tego typu pracą po zapisaniu się dostają
co pewien czas biuletyn z wykazem około 50 ofert pracy w swojej kategorii.
Biuletyn wysyłany jest e-mailem całkowicie bezpłatnie.
Można zapytać skąd taki pomysł i czy jest to komuś potrzebne?
Musimy sobie otwarcie powiedzieć - w Polsce jest potencjalnie kilkadziesiąt
tysięcy bezrobotnych lekarzy, pielęgniarek i położnych. Mówi się o tym
w mediach, potwierdzają to władze. Z faktu takiego nadmiaru kadrowego
wynika lekceważenie nas, pracowników ochrony zdrowia, przez pracodawców,
Kasy Chorych, przedstawicieli samorządu terytorialnego i nawet przedstawicieli
administracji rządowych. Rzeczywiście, mogą sobie pozwalać na rządzenie
nami. Przecież jak podaż przewyższa popyt to ceny spadają, prawda
? I to samo dzieje się obecnie w Polsce. Niskie płace, zwolnienia z pracy
i kłopoty z ponownym zatrudnieniem. Czy nie lepiej szukać więc możliwości
lepszego zarobku poza granicami kraju? Zwłaszcza gdy jest się młodym, zdolnym
i odważnym! Oczywiście nikt nikogo do wyjazdu nie namawia. Ale jeżeli ktoś
już sam na taki wyjazd się zdecyduje, może potrzebować pomocy. I właśnie
tą pomoc może znaleźć na liście LEKARZE.
Dzięki obfitej kolekcji linków można u nas znaleźć informację, gdzie
na świecie potrzeba w tej chwili lekarzy (i innych pracowników medycznych),
jakie pracodawcy maja wymagania i jakie osoby starające się o zatrudnienie
musza mieć kwalifikacje. Można w końcu nauczyć się, jak starać się o prace
za granica, jak pisać podanie, jak pisać CV.
Oczywiście większość z tych propozycji pochodzi od międzynarodowych
organizacji charytatywnych i oferowane apanaże nie są zbyt wysokie. Na
ogół nie przekraczają kilku tysięcy dolarów miesięcznie. Czasem sumy są
nawet niższe. Wydaje mi się jednak, że jest wśród nas wielu, dla
których bardziej liczy się możliwość porównania swoich umiejętności z
umiejętnościami kolegów z zagranicznych uczelni. Wielu chcących nauczyć
się nowych technik medycznych. W końcu wielu chcących przeżyć wspaniała
przygodę. Dlatego wszystkich chętnych zapraszam pod adres:
http://polscy-lekarze.com
http://www.crosswinds.net/~lekarze/oferta/
opracował na podstawie wypowiedzi uczestników listy : lek. med. Grzegorz
Kurdziel
Copyright(C): Lista dyskusyjna polskich i polonijnych lekarzy LEKARZE
Most recent revision April 30, 2000