Pomoc doraźna
Po wielu miesiącach oczekiwania pod koniec ubiegłego roku została uchwalona ustawa o ratownictwie medycznym. Na jej podstawie zaczynają w Polsce powstawać nowe oddziały ratownictwa. Najczęściej mówi się o powołaniu w województwach wspólnego dla straży pożarnej, policji i pogotowia centrum wypadkowego, któremu podlegały by rozlokowane co 20 - 30 km, zlokalizowane przy szpitalach w większych miejscowościach, oddziały ratowniczo-wypadkowe. Projekt taki istnieje już w Małopolsce. Ma go także województwo Kujawsko-Pomorskie. Toruńscy strażacy chyba jako pierwsi w Polsce zaczęli szkolić się solidnie w reanimacji i udzielaniu pierwszej pomocy. Takie same przeszkolenia, mam nadzieję, czekają także policjantów. Rozwiązanie to znane jest w Ameryce Północnej jako "System 911". Wykręcenie tego numeru powoduje połączenie telefonującego z jednym stanowiskiem dyspozycyjnym, które ma do dyspozycji zarówno 'Ambulance' , jak i policje i straż pożarną. Przy użyciu systemu komputerowego pozwala to na jednoczesne wysłanie na miejsce tragedii jednostek z tych trzech departamentów (zwłaszcza sprawdza się to w mieście, gdzie i straż pożarna, i pogotowie, i policja znajdują się w gestii władz miasta). Możliwe jest w tym układzie, takie dobranie wysyłanych jednostek, aby na miejscu nie było za dużo straży pożarnej, a za mało policji. Dyspozytor ma ponadto na ekranie zestaw standartowych pytań , dobrany do danej, zgłaszanej sytuacji. Wprowadzenie takiego systemu, oczywiście po odpowiednim dostosowaniu do polskich realiów, może także i u nas poprawić działania w zakresie pierwszej pomocy. Gdzie w takim razie będzie miejsce dla dotychczasowych oddziałów pogotowia ratunkowego. Spróbujmy zobaczyć jakie czekają nas zmiany i jak sprawa medycznej pomocy doraźnej jest rozwiązana w innych krajach.
"W Anglii rolę Pogotowia Ratunkowego pełnią oddziały tzw. 'Paramedic'
- napisał mi jeden z przyjaciół - których ambulanse jeżdżą do przypadków
nagłych zachorowań i wypadków drogowych. Są to samodzielne oddziały pomocy
doraźnej - niezależne od szpitala i rozliczające się ze szpitalem za wykonane
usługi. Obsługę ambulansu 'Paramedic' stanowią osoby, które po przeszkoleniu
w szpitalu (m.in. na oddziałach chirurgii, kardiologii, anestezjologii
i OIOM-u) i zdaniu specjalnego egzaminu otrzymują specjalne uprawnienia.
Nie są to więc lekarze, chociaż często są to osoby związane już wcześniej
z medycyną - pielęgniarze lub sanitariusze. Są świetni w swoim fachu. Robią
prawie wszystko. Jeżeli w drodze mają kłopoty z pacjentem to drogą radiową
mogą konsultować się z lekarzem oddziału pierwszej pomocy (tzw. 'Accident
& Emergency') szpitala, do którego wiozą pacjenta. Ten sam lekarz,
który ma w tym dniu dyżur w szpitalu (lekarz nie dyżuruje w oddziale 'Paramedic')
jedzie także na miejsce wypadku jeżeli dojdzie do większej katastrofy,
w której jest duża ilość poszkodowanych. Podlegają mu wtedy wszystkie służby
medyczne. To on kieruje pierwszeństwem w udzielaniu pomocy i kolejnością
transportu do mającego w danym dniu dyżur szpitala. Każde wezwanie do chorego
kończy się przewiezieniem pacjenta do szpitala celem zbadania go i podjęcia
dalszej decyzji o leczeniu. Jeżeli pacjent nie został zakwalifikowany do
leczenia szpitalnego, ale nie może sam wrócić do domu to odwozi go karetka
transportowa. W Anglii nie ma żadnych odmów przyjazdu. Nikt nikogo nie
straszy, ani nie każe za wezwanie, które zostało uznane za niepotrzebne.
Jednak do 'normalnych' zachorowań jeżdżą lekarze domowi. Jeżeli zajdzie
taka potrzeba mogą oni wezwać karetkę aby przewieź chorego do szpitala,
ale wtedy w takim zespole nie ma nikogo z dyplomem 'Paramedic'- jedzie
zwykła obsługa transportowa. Jeżeli natomiast potrzebny jest transport
pacjenta z jednego szpitala do innego szpitala to zabezpieczenie lekarsko
- pielęgniarskie zapewnia oddział proszący o taki transport...".
Podobnie jak w Anglii sprawa pomocy doraźnej jest też rozwiązana w Kanadzie. Tam także istnieją specjalne oddziały udzielające pierwszej pomocy medycznej i tam także oddziały te zorganizowane są zupełnie inaczej niż w Polsce. Oto jak sprawę pomocy doraźnej w swoim kraju widzi lekarz z Kanady -
"...W Ontario (prowincja Kanady - przyp. red.) nie ma innych oddziałów
pomocy doraźnej niż istniejące przy niektórych szpitalach oddziały 'Emergency
Department'. Pracujący na nich lekarze są wyszkoleni w pomocy doraźnej
na poziomie 'family doctor' czyli lekarzy rodzinnych. Teoretycznie nadzorowani
są oni przez 'specjalist in emergency medicine' (można to przetłumaczyć
jako specjalistę z pomocy doraźnej). Jest to jakby nadspecjalizacja po
specjalizacji z chorób wewnętrznych albo anestezjologii. Piszę teoretycznie,
ponieważ na oddziale 'emergency' w naszym szpitalu, który jest największym
szpitalem w całym Ontario, nie mamy zatrudnionego na stałe specjalisty
w 'emergency medicine'. Względy oszczędnościowe. Jeżeli jest taka potrzeba
to na wezwanie lekarza z 'emergency' do szpitala przyjeżdża każdy potrzebny
specjalista. Lekarzy specjalistów zawiadamia się telefonicznie lub na 'page'.
Czas odpowiedzi na 'page' wynoszący 15 minut i czas 30 minut wyznaczony
na przyjazd do szpitala jest przez wszystkich przestrzegany. Zanim lekarz
specjalista dojedzie do szpitala pacjent jest stabilizowany przez lekarza
rodzinnego, który akurat pełni dyżur. On to wydaje zlecenia na badania
specjalistyczne, jak zdjęcia rtg czy CT-scan. Oczywiście droższe badania
są uzgadniane ze specjalistą telefonicznie. Pacjent po ustaleniu diagnozy
jest przewożony na odpowiedni oddział np 'Intensive Care" lub na salę operacyjną.
Do chorych lekarze na ogół nie jeżdżą. Wizyty domowe są rzadkie i wykonywane
tylko przez niektórch lekarzy rodzinnych. Z reguły w przypadku zawału czy
napadu astmy po pacjenta jedzie ambulans. 'Paramedic' podaje leki, a następnie
pacjent jest transportowany do szpitala. Do wypadków drogowych lekarze
także nie jeżdżą. W Ontario mamy 'Ambulance servises'. Jest to odpowiednik
pogotowia ratunkowego. Karetki, z reguły duże Fordy , są wyposażone w kompletny
sprzęt resuscytacyjny. Są one obsługiwane przez tzw 'paramedics'. Maja
oni kompletne przeszkolenie w reanimacji włączając intubację, dożylne przetaczanie
płynów, usztywnianie kręgosłupa, masaż serca automatyczny czy ręczny itp.
Są świetnie przeszkoleni i dumni, że w reanimacji są lepsi od lekarzy.
Wielokrotnie są to przeszkoleni pielęgniarze lub pielęgniarki ale niekoniecznie
musza mieć skończoną szkołę pielęgniarską. Do wypadków samochodowych automatycznie
wzywa się ambulanse, policję i straż pożarną. Straż pożarna jest wyposażona
w specjalne dźwigi do rozciągania zgniecionych samochodów, palniki do ciecia
metalu i ręczny sprzęt do rozcinania cieńszych blach. Pacjent jest na miejscu
stabilizowany, kręgosłup usztywniany, płyny dożylne są przetaczane. W przypadku
masowego wypadku kilku dodatkowych lekarzy rodzinnych i specjalistów jest
wzywanych do szpitala, zanim jeszcze pacjenci zaczną być przywożeni. Dodać
jeszcze muszę, ze główne autostrady są kontrolowane przez monitory. Dyżurny
siedzący w centrali widzi wypadek na autostradzie i wysyła natychmiast
ambulans czy nawet helikoptery do transportu rannych...".
Również w Szwecji pogotowie ratunkowe jako takie nie istnieje. Chociaż z drugiej strony może to właśnie Szwecja ma najbardziej rozbudowany system pomocy doraźnej, ponieważ jest tam tyle niosących pierwszą pomoc organizacji, że łatwo się w tym pogubić. Zresztą proszę zobaczyć -
"... W Szwecji lekarze do wypadków nie jeżdżą. Jeżdżą do nich 'paramedics'.
Szwedzi nie są z tego powodu zadowoleni więc niedawno zapadła decyzja,
że 'paramedics' musza się dokształcić i zdobyć minimum kwalifikacje pielęgniarskie.
Nie wiadomo tylko jak mają to zrobić. Na razie wygląda to tak, że w zasadzie
powinni zwolnić się z pracy i kształcić na własny koszt. Potem będą jednak
tak samo źle opłacani, wiec oczywiście niekt tego nie robi - napisał do
mnie kolegoa ze Szwecji. - Ponadto do wypadków jeździ straż pożarna, a
raczej specjalne zespoły ratownicze - podobne do 'paramedics' ale lepiej
wyposażone i lepiej wyszkolone jeśli chodzi o wypadki drogowe.
Poza tym są karetki jeżdżące do ciężkich przypadków zwane u nas
'akut bil' (dosłownie znaczy to 'ostry samochód') - zawsze z lekarzem i
często także z pielęgniarka. Są też zespoły ratowników poruszające się
helikopterami (jest ich nawet sporo, choć od paru lat jakby mniej niż dawniej).
Zespoły te pozostają w gestii władz wyższego szczebla - polskim odpowiednikiem
mogłyby tutaj być władze wojewódzkie. W takim zespole zawsze jest lekarz
(zwykle anestezjolog lub chirurg) + minimum 1 pielęgniarka + minimum 1
ratownik 'paramedic'. Wszyscy specjalnie przeszkoleni. Takie zespoły często
działają we współpracy z lotnictwem wojskowym użyczającym helikopter i
1 lub nawet 2 pilotów. Dla jasności - zwykle są to ciężkie helikoptery
wojskowe o bardzo dużym zasięgu, przystosowane do operowania w każdych
warunkach - także daleko nad morzem są wiec odpowiednikiem zespołów SAR.
Są także w strukturach państwowej służby zdrowia i straży pożarnej zarządzane
centralnie specjalne zespoły ratownictwa - na wypadek np. skażenia środkami
chemicznymi lub promieniotwórczymi.
Do nagłych zachorowań wzywa się "paramedics", a gdy mniej groźne -
jedzie dyżurny 'lekarz domowy'. Można też poradzić się telefonicznie, przez
24 godziny na dobę, z lekarzem dyżurnym - jakby rejonowym czy też dzielnicowym
- siedzącym w domu pod telefonem. Można zadzwonić na izbę przyjęć do szpitala
- zawsze jako pierwsza odpowiada pielęgniarka prosząca do telefonu lekarza
dyżurnego dopiero w razie potrzeby (tzn. gdy sama uzna, że jest to potrzebne,
ale nie wtedy, gdy ktoś tak chce). Izby przyjęć zwane po szwedzku 'akuten'
to dość szczególna sprawa. Istnieją w strukturach szpitali, ale raczej
tylko tych większych. Personel to pielęgniarki zatrudnione na stałe tylko
na izbie. Lekarze natomiast są dochodzący na zasadzie dyżurów...
z oddziałów szpitalnych. Co istotne - poza OIOM (Oddział Intensywnej Opieki
Medycznej), Rtg i dyżurem w centralnym laboratorium - nie ma lekarzy dyżurnych
na oddziałach. Dyżurujący w nocy na izbie przyjęć odpowiada także za pilne
konsultacje na oddziale. W największych szpitalach są oddzielne izby przyjęć:
internistyczna, chirurgiczna, pediatryczna itd. Na każdej 1 do 2 lekarzy
tzw 'primarjour' (młodych, przeszkolonych w podstawowym zakresie), a często
także 'mellanjour' (średniozaawansowanych w szkoleniu - jednak dużo bardziej
doświadczonych od tych pierwszych). W rezerwie jest 'bakjour' (śmieszna
dla mnie nazwa - oznacza 'tylny') - lekarz najbardziej doświadczony, ale
czuwający u siebie w domu i mający obowiązek stawienia się w szpitalu dopiero
w razie potrzeby w czasie maksimum 30 minut.
Niektóre izby przyjęć (u nas jest to interna) mają pod swoja opieką
specjalne oddziały obserwacyjne, gdzie kładzie się pacjenta do czasu oceny
specjalistycznej w dniu następnym, ale czasem także wtedy, gdy wydaje się,
że dany przypadek nie powinien wymagać długotrwałej czy wysokospecjalistycznej
pomocy. Co ciekawe - w wielu szpitalach nie ma dyżurnego na OIOK-u (Oddział
Intensywnej Opieki Kardiologicznej) lekarza. Odpowiada za to "mellanjour"
internistyczny.
Powinieneś jeszcze wiedzieć, że w Szwecji pogotowiem, strażą pożarną,
policją, ratownictwem morskim i górskim kieruje wspólna centrala alarmowa
SOS. Tak samo jak w USA spotakasz się tam pod nr telefonu 112 ze standardową
procedurą pytań mających na celu określenie ile i jakie służby należy skierować
do danego wypadku. W centrali takiej pracuja stale zatrudnieni, lub czasowo
pelniacy dyzury (np. policjanci). Zawsze jest jednak na miejscu lekarz
- dyzurny konsultant.
Jeżeli jedna stacja zostanie zablokowana banalnymi pytaniami,
np. do jakiego lekarza zwrócić się o poradę lub co zażyć na niestrawność
rozmowa telefoniczna jest przełączana automatycznie do następnej centrali
regionalnej..." - napisał mi przyjaciel ze Szwecji.
Podobnie jak w Szwecji wygląda sytuacja pomocy doraźnej w Norwegii. Podobnie, a może nawet jeszcze bardziej 'socjalistycznie' niż można by się tego spodziewać po skądinąd tym sympatycznym kraju i jego mieszkańcach -
"... Wszelkie problemy medyczne, i te banalne i te poważne, poza
godzinami działania normalnych gabinetów lekarskich załatwią tzw. 'Legevakt'
- coś w rodzaju obowiązkowej lekarskiej pomocy doraźnej. Obowiązek zorganizowania
tego rodzaju całodobowych usług lekarskich spoczywa na gminie zwanej po
norwesku 'kommune'. Gmina musi zorganizować lokal, potrzebny podstawowy
sprzęt i oraz niezbędny do udzielania pomocy personel. Najczęściej dyżury
takie pełnią lekarze rodzinni, ale każdy lekarz zamieszkały w danej gminie
może teoretycznie zostać zmuszony do tego rodzaju dyżurów. Z obowiązku
dyżurowego zwalnia jedynie wiek powyżej 65 lat, poważna choroba, dyżur
w szpitalu, ciąża lub konieczność sprawowania opieki nad małym dzieckiem.
Lekarz dyżuruje albo we własnym gabinecie albo w specjalnych lokalach 'legevaktu'.
Do pacjentów, którzy nie mogą do niego przyjechać jeździ, najczęściej własnym,
samochodem. Jeśli problem (typu np. drobne szycie rany lub leczenie zapalenia
płuc) da się załatwić od ręki, to załatwia. Jeśli po zbadaniu pacjenta
uważa, że pacjent powinien być przyjęty do szpitala, to zamawia karetkę
(karetka jest bez lekarza - najczęściej jej obsada to dwóch 'paramedics'
po specjalnej szkole dla 'paramedics' bez uprawnień lekarza) i dzwoni do
lekarza dyżurującego w szpitalu, któremu referuje pacjenta - opisuje problem,
wcześniejszą historię choroby, rodzaj dotychczas stosowanych leków oraz
ilość czasu jaką zajmie transport na izbę przyjęć (to ostatnie jest tutaj
bardzo ważne, bo w grę wchodzą często duże odległości). Jeśli sprawa jest
pilna - np. wypadek drogowy, ostre bóle w klatce piersiowej, duszności
- to wzywana jest od razu karetka albo helikopter przez centrale 'ostrych
zgłoszeń' (telefon nr 113 jest znany w Norwegii każdemu). W obsłudze
helikoptera zawsze jest lekarz. Wg statystyki 90% zgłoszeń załatwia lekarz
pierwszego kontaktu, pozostałe 10% zostaje odesłane do szpitala. Na izbie
przyjęć dyżurują najmłodsi lekarze. Często są to, podobnie zresztą jak
w Szwecji, studenci, stażyści lub lekarze zaraz po stażu. Jest to naprawdę
idiotyczny system, w którym np. świeży zawał wpada w ręce młodzików bladego
pojęcia nie mających o EKG. Jak to nazwać? Nieodpowiedzialność? Brak wyobraźni
u decydentów ochrony zdrowia?
'Legevakty' podlegają organizacyjnie gminom, organizacja i koordynacja
transportu podlega 'fylkeskommune' czyli województwom, transportem powietrznym
zajmuje się oddzielna firma finansowana bezpośrednio z kasy państwowej.
Bywają też prywatne nie-komunalne 'legevakty', w których pobiera się dodatkowe
opłaty od pacjenta - ale to jest margines działalności w pomocy doraźnej...".
Wydaje mi się, że bezpośrednie porównywanie systemu norweskiego, szwedzkiego czy kanadyjskiego na polskie warunki zreformowanej ochrony zdrowia nie jest na razie możliwe. W odróżnieniu od Polski w krajach tych nadal jeszcze jest łatwiejszy dostęp do telefonu i do samochodu. Ale przede wszystkim poziom nakładów na ochronę zdrowia są na razie nieporównywalne. Mimo tego większość pacjentów przybywa na izbę przyjęć zachodnich szpitali albo taksówka albo własnym samochodem. Tam po prostu lekarzy się szanuje. Może zresztą też dlatego, że i oni sami potrafią się szanować. Podobnie zresztą jak u naszych zachodnich sąsiadów -
"... W Niemczech istnieją rożne formy pomocy doraźnej. W nagłych przypadkach
zagrożenia zdrowia lub życia albo do wypadków drogowych dzwoni się pod
numerem 112 (jest to 'Feuerwehr' - odpowiednik polskiej straży pożarnej).
Stamtąd wysyłają na miejsce wypadku karetkę z sanitariuszami oraz samochód
po lekarza, który jest specjalnie przeszkolony w zakresie medycyny intensywnej.
Tymczasem właściwa karetka jedzie już z całym wyposażeniem na miejsce wypadku,
gdzie sanitariusze zaczynają udzielanie pierwszej pomocy jeszcze przed
przyjazdem lekarza. Każdy 'Notarzt' pracuje na stałe w szpitalu. Przyjmuje
się jednak, że na miejscu wezwania powinien znaleźć się w ciągu 5 minut.
Dlatego lekarze ci są rozlokowani sieciowo w obrębie działania ich szpitala
macierzystego. Nazywa się to 'Randevoux System'. W bardzo ostrych przypadkach
można, również za pośrednictwem 'Feuerwehr', wezwać helikopter. Najczęściej
zdarza się to przy ciężkich wypadkach drogowych.
Pomoc w przypadkach mniej nagłych zachorowań jest gwarantowana umową
przedstawicielstwa lekarzy (tzw. 'Kassenärztliche Verinigung') z Kasami
Chorych. W dni powszednie są za to odpowiedzialni poszczególni lekarze
domowi, do których pacjent może zwrócić się przez cala dobę. Żeby sobie
ułatwić życie lekarze domowi tworzą grupy, w których poszczególni koledzy
obejmują za innych kolegialne zastępstwa. W środowe popołudnia (praktyki
w Niemczech są wtedy zamknięte) oraz w niedziele i święta są organizowane
specjalne dyżury tychże lekarzy. Lekarze ci przyjmują w praktykach albo
jeżdżą, czy są wożeni do chorych obłożnie. W naszym okręgu zostało stworzone
ambulatorium ze specjalnymi pomieszczeniami, w których przyjmują wyznaczeni
lekarze-dyżuranci.
Poza tym w Niemczech pacjenci mogą się także zgłaszać bezpośrednio
do szpitala, gdzie są badani i przyjęci na leczenie albo odsyłani do lekarza
domowego. Nie zdarza się jednak, aby byli odesłani bez badania z powodu
braku skierowania. Tak to wygląda ogólnie. Organizacja szczegółowa wymienionych
dyżurów regionalnie może się nieco różnić...".
Z przedstawionych tutaj wypowiedzi lekarzy z różnych stron świata wynika, że pierwszą pomoc w wypadkach i w nagłych zachorowaniach nie zawsze niosą lekarze. Najczęściej są to osoby doskonale przeszkolone i przygotowanie do niesienia pierwszej pomocy jednak nie posiadające lekarskich uprawnień. Kim więc są, w jaki sposób nabywają swoje kwalifikacje i czy pacjenci z ich pomocy są zadowoleni. Oczywiście w różnych krajach różnie to wygląda, ale ...
"... W Kanadzie na ogół pogotowie ratunkowe nie jest miejscem pracy
dla lekarzy. Nie znaczy to, że lekarzy w nim nie można spotkać. 'Medical
director' pogotowia jest lekarzem. Lekarze wchodzą też w skład w tzw. 'Medical
Advisory Committee', które jest częścią pogotowie w każdym dużym mieście.
Zdarza się też, że lekarz znajdzie się w karetce. Najczęściej dzieje się
tak w przypadku wypadków masowych, gdzie na miejscu spełnia on najczęściej
role koordynatora. Często też lekarz jest w helikopterze. Ale nie zawsze.
Zwłaszcza samoloty sanitarne (tzw. 'airvac') nie zawsze maja lekarza na
pokładzie. Np. neonatologiczny zespół medyczny w helikopterze to pielęgniarka
ze stażem na intensywnej terapii noworodków i, z takim samym stażem, przeszkolony
technik - tzw. 'respiratory technician'. Oboje są bardzo dobrze wyszkoleni
i działania swoje konsultują z lekarzem w szpitalu. Tego helikoptera używa
się głownie do transportu na dużych odległościach. Z Sydney, gdzie pracuje,
do Halifaxu, gdzie mieści się centralny oddział neonatologiczny z wszystkimi
podspecjalizacjami pediatrycznymi, jest prawie 400 km. Transportu tego
używam, gdy uważam, że noworodek nie nadaje się do transportu karetka (4-5
godzin jazdy) lub samolotem normalnych linii lotniczych. Nie zdarzyło mi
się bym musiał sam lecieć, bo zespół jest dobrze wyszkolony a pacjent jest
zawsze ustabilizowany przed lotem. Zresztą jeśli ktoś był w takim helikopterze
lub samolocie wojskowym ('search and rescue') to wie, że intubacja noworodka
podczas lotu jest prawie niemożliwa, a hałas jest taki ze stetoskopy są
bezużyteczne.
W pogotowiu z reguły pracują albo 'emergency medical technician' (tzw.
EMD - trzy stopnie, w zależności od posiadanego przeszkolenia) albo 'paramedics'
(dwa lata szkoły na poziomie pomaturalnym). Uważa się, że 'paramedics'
są lepiej wyszkoleni do udzielania pomocy doraźnej niż pielęgniarki, choć
np. do transportu pacjenta z zawałem zespół jest z reguły zasilany pielęgniarką,
która staje się szefem zespołu (o ile nie jedzie lekarz, bo tak się też
czasem zdarza). Jeżeli zespół pogotowia musi kogoś reanimować, to w dużym
mieście zawsze wzywany jest zespół z 'paramedics'. Pacjenta reanimowanego
z reguły się nie przewozi w trakcie reanimacji , chyba że lekarz odbierający
pacjenta w 'Emergency Department' tak sobie zażyczy.
Zespoły pogotowia, wbrew pozorom, udzielają bardzo wysoko kwalifikowanej
fachowej pomocy. Po pierwsze dlatego, że działają ściśle z protokołem ustalanym
przez "medical director" (razie wątpliwości mają zawsze możliwość porozumienia
się droga radiowa z lekarzem odbierającym pacjenta - tzw. 'patch me to
the MD'). Po wtóre - aby utrzymać status zawodowy - tak EMT-s jak i 'paramedic's
musza zaliczyć określone szkolenia co rocznie lub co dwa lata. Strażacy
(oczywiście ci zawodowi) również przechodzą przeszkolenie na poziomie EMT.
Wyróżniają się oni wysokim stopniem solidarności zawodowej i dyscyplina.
Policjanci także współpracują przykładnie, ale wydaje mi się, że już z
mniejszym zaangażowaniem...".
"... Pomoc doraźna w Stanach koncentruje się w ER (czyli 'emergency
room'), które bazują na szpitalach. Szpitale należą do trzech rożnych stopni
zaawansowania leczenia urazów w zależności od możliwości tych szpitali,
a właściwie spektrum specjalności w tym szpitalu, dofinansowania oraz zaplecza.
Najbardziej zaawansowane są szpitale tzw. trzeciego stopnia ('tertiary
care centers'), które posiadają sprawną ER oraz tzw. 'trauma team' na dyżurze
w szpitalu przez 24 godziny na dobę. W skład 'trauma team' wchodzą: chirurg
urazowy, ortopeda, neurochirurg, plastyk, oparzeniowy oraz internista.
Chory po pełnej (w zależności od stanu klinicznego po CT Scanie, zdjeciach
rtg, intubacji i badaniach krwi) i sprawnej ewaluacji w ER trafia
na salę operacyjną celem pełnego leczenia urazów np. z wypadku samochodowego.
W ER obowiązują tzw. protokoły postępowania co ułatwia szybkość postępowania
i zmniejsza szansę przeoczenia czegoś. Jest wiele różnych protokołów -
inny dla chorego z postrzałem, inny dla chorego z wypadku samochodowego
(osobny dla nieprzytomny i osobny dla przytomnego), inny chorego
z podejrzeniem zawału serca, poparzonego, po porazeniu pradem, po upadku
z wysokosci itd.
Opieka przedszpitalna jest również dobrze zorganizowana. W niej również
obowiązują schematy postępowania. W ambulansach nie jeżdżą ani lekarze
ani pielęgniarki tylko tzw. 'medics' czyli odpowiednio przeszkoleni sanitariusze.
Wymagane jest też, i to w poważny sposób, przeszkolenie w udzielaniu pierwszej
pomocy od wielu zawodów i specjalności niemedycznych. Do wypadków w pierwszej
kolejności jedzie policja i straż pożarna i dopiero oni wzywają ambulans.
Na miejscu wypadku 'medics' podejmują reanimacje, wkłuwają kroplówkę, intubują.
Mają też defibrylatory. Najnowsze modele same odczytują rytm i decydują
czy defibrylować czy nie. 'Medics' unieruchamiają chorego i wiozą do ER.
Są w ciągłym kontakcie radiowym z ER i zawsze przekazują informacje o stanie
chorego.
Trochę inaczej jest z chorymi na serce. Jeśli jest podejrzenie o zawał
serca, wzywa się od razu ambulans kardiologiczny przez telefon 911. W miastach
siatka ambulansów jest tak ułożona, że każdy ambulans powinien dotrzeć
do chorego w ciągu trzech minut. Znów stosowany jest protokół. Jeśli zawał
lub niedokrwienie mięśnia sercowego jest potwierdzone leczenie zaczyna
się od razu. W karetce nitrogliceryna, morfina i tlen oraz leki inotropowe
lub beta-blokery, w ER zaczynają podawać fibrynolityki, a potem pacjent
jedzie na koronarografię...".
Tymczasem w Polsce, pomimo małych nakładów na pomoc doraźną, nadal preferuje
się zatrudnianie w karetkach pogotowia lekarzy. Najlepiej specjalistów
i to jeszcze po dodatkowym kursie z pomocy doraźnej. Dlaczego więc w innych
krajach nie dba się tak o pacjentów jak w Polsce i nie zatrudnia się tam
lekarzy w ambulansach. Otóż w takiej np. Kanadzie najlepiej zarabiajacy
'paramedic' dostaje około 70.000 dolarów rocznie. Tymczasem żaden lekarz
nie zgodziłby się pracować na stawce niższej niz 100 dolarów na godzinę.
Dużo? Jak dla kogo. W Kanadzie jest to dla lekarza płaca najniższa,
najczęściej jego uposażenie wynosi dwa razy więcej. Tak więc zatrudnienie
lekarza w 'Ambulans services' kosztowałoby pracodawcę minimum 120.000 dolarów
rocznie plus pensja dla sekretarki i pielegniarki pracującej dla takiego
lekarza; osoby te zatrudnione są w celu prowadzenia prawidłowej dokumentacji,
a musi to być bardzo dokładnie robione ze wzgledu na prawną odpowiedzialność
lekarzy). Tak więc koszty ogólne za pracę lekarza w ambulansie to 250.000
dolarów rocznie. Zresztą w Kanadzie, w przeciwieństwie do Polski, sa poważne
braki lekarzy. Na terenie regionu Niagara gdzie mieszka okolo 400.000 ludzi
w tej chwili brakuje około 100 lekarzy rodzinnych nie mówiąc już o innych
specjalistach. Poza tym w/g kanadyjskich władz nie ma sensu by tak drogo
opłacany lekarz spędzał większość czasu pracy siedząc w ambulansie w drodze
do pacjenta. Stąd nawet lekarze rodzinni ('family doctors') nie jeżdża
w Kanadzie na wizyty domowe. Bardziej finansowo opłacalne jest przywiezienie
ambulansem transportowym 6-10 pacjentow do lekarza rodzinnego niż płacenie
temu lekarzowi 200 dolarów za zobaczenie jednego pacjenta w jego domu.
Tymczasem w Polsce dzięki zatrudnieniu lekarzy w ambulansach nie ma potrzeby
prowadzenia drogich szkoleń dla zwalnianych z pracy mniej wykwalifikowanych
pracowników ochrony zdrowia. Dzięki temu ma się także spokojne sumienie,
że w obsłudze karetek będą naprawdę dobrzy specjaliści. Jest to rozwiązanie
oczywiście dobre. Dobre dla pacjentów, dobre dla Kas Chorych. Niezbyt dobre
dla samych lekarzy, chociaż sami chętnie decydują się na tego typu dodatkową
pracę za niewielkie wynagrodzenie, jak i niezbyt dobre dla zwalnianych,
innych niż lekarze, pracowników ochrony zdrowia - bo lekarze zajmą miejsca
pracy, które mogłyby przypaść mniej wykwalifikowanym pracownikom. A jak
z tego wynika, pracownicy ci mogliby być naprawdę dobrze w tym zakresie
przeszkoleni i wykorzystani. A nawet, przynajmniej ja tak uważam, często
mogliby być lepiej przygotowani do tego typu pracy, aniżeli sami lekarze,
którzy często specjalizacje zrobili kilkanaście lat temu i od tego czasu
rzadko musieli stosować defibrylację, sztuczne oddychanie, intubację czy
nawet odebrać poród lub zaopatrzyć postrzał. Pomoc doraźna ma swoją specyfikę
i do tej specyfiki trzeba będzie, prędzej lub później dostosować normy
i zatrudnienia. Ale na razie możemy sobie tylko życzyć, abyśmy mieli sieć
karetek pomocy doraźnej rozwiniętą tak, jak w innych krajach. Jeżeli ktoś
jeszcze ma tyle siły i chce sprawdzić co musi umieć i jakie wynagrodzenie
za swoją pracę otrzymuje pracownik pomocy doraźnej w Kanadzie - zapraszam
na stronę EMTs-y.
opracował na podstawie wypowiedzi uczestników listy : lek. med. Grzegorz
Kurdziel
Copyright(C): Lista dyskusyjna polskich i polonijnych lekarzy LEKARZE
Most recent revision January 24, 2000