Wokół druków L-4

Październik przywitał nas nowymi wzorami zaświadczeń o niezdolności do pracy z powodu choroby zwanych poprzednio drukami L-4. Przysporzyło to duże wzburzenie wśród lekarzy, a przez to niepokój wśród Bogu ducha winnych pacjentów. Do niemałych już kłopotów z zarejestrowaniem się do ‘swojego’ lekarza rodzinnego i otrzymaniem skierowania na badania lub konsultacje specjalistyczne doszły bowiem jeszcze wątpliwości - czy ten wybrany lekarz będzie wypisywał zwolnienia chorobowe czy nie i czy będzie za to żądał dodatkowych opłat. Nie ma się co dziwić zaniepokojeniu pacjentów. Przecież Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy zapowiedał, że lekarze będą pobierać po 15,- złotych za wypisanie druczka, a niektóre Okręgowe Izby Lekarskie wprost wzywały swoich członków do nieodbierania z ZUS-u nowych blankietów zwolnień. Jednak przy takim nastawieniu lekarzy do pacjentów, bez względu na to, czy lekarskie uwagi o nowych przepisach są słuszne czy nie, trudno liczyć na poprawienie wizerunku pracowników ochrony zdrowia w naszym polskim społeczeństwie.
Nowe druki są podobno zbyt duże, zbyt obszerne i zbyt czasochłonne. Stąd też nasza, lekarska, niechęć do ich wypełniania. Ale tak naprawdę jest to tylko naturalna reakcja na jeszcze jeden przepis obarczający lekarzy dodatkowymi obowiązkami. Zmieniający warunki pracy, bez zmiany wynagrodzenia. Czy to jednak pacjent ma cierpieć za nieprzemyślane decyzje. Czy naprawdę nie można jeszcze raz pokazać, że lekarzom naprawdę zależy na zdaniu i opinii pacjentów?

„Nowe druki zaświadczeń lekarskich ZUS ZLA nie są ani obszerniejsze, ani trudniejsze do wypełniania niż druki używane w Szwecji czy Norwegii - napisał do mnie mój przyjaciel ze Szwecji. - U nas druki tego typu wypisuje się bezpłatnie. Duży druczek czy mały, pytanie raczej relatywne. Porównując szwedzkie i norweskie druczki z polskimi, można skonstatować, że te ostatnie nie są wcale bardziej ‘wymagające’ niż nasze. Nie trzeba w nich wpisywać przewidywanego terminu wyzdrowienia, ani zakreślać, czy pacjent mógłby pracować, gdyby miał zapewniony odpowiedni transport, aby dostać się do pracy (dla urzędnika z zagipsowana po złamaniu kostką szwedzka Kasa Chorych zafunduje taksówkę nawet przez miesiąc, byle tylko szedł on do pracy!). W Norwegii po ośmiu tygodniach (w Szwecji już po czterech) druczek się tak wydłuża, że wypisanie go wymaga dobrej znajomości chorego. Trzeba dokładnie opisać leczenie, określić w jaki sposób choroba wpływa na obniżenie zdolności do pracy, przygotować prognozę i możliwości rehabilitacji, uzasadnić podjęte decyzje - czyli blankiet A4 po obu stronach! Przy nim wasz nowy druczek to naprawdę tylko druczek. Oczywiście system ten nie miałby żadnej szansy funkcjonowania w Polsce przy takiej ilości pacjentów w rejonie. No, chyba żeby się pracowało.....8 godzin dziennie. U nas, w Skandynawii, preferuje się wizyty dłuższe, choć rzadsze: 10 - 15 minut przypada na grypy i przeziębienia, ale 20 - 25 minut poświęcamy na kontrole bardziej schorowanych i zażywających więcej leków pacjentów oraz zawsze minimum 30 minut dla pacjentów z chorobami psychosomatycznymi. Mamy, tak jak i lekarze w Polsce, stałe pensje więc możemy sobie na to pozwolić. W krajach niemieckojęzycznych wygląda to pewnie inaczej, bo lekarze dostają tam honorarium w zależności od ilości porad udzielonych pacjentom i dlatego preferują wizyty krótsze, chociaż częstsze ...".

Jak więc radzą sobie ze zwolnieniami w Niemczech?

„W Niemczech zwolnienia od pracy czyli tzw. druki A4 są też dosyć skomplikowane - napisał mi lekarz z Niemiec - ale za ich wypisywanie nikt mi nic nie płaci. Drukuje się je zresztą na drukarce komputerowej. W innym wypadku byłoby to niemożliwe, bo stracilibyśmy na ich wypełnianie zbyt dużo czasu, który wolimy poświęcić pacjentom. Rzeczywiście preferujemy wizyty krótsze. Średni czas porady jednego pacjenta w tzw. przychodniach rejonowych i u lekarzy domowych w Niemczech wynosi niecałe 4 minuty. Taki sposób pracy wymusza na nas obowiązujący system rozliczeń finansowych ściśle związany z ilością przyjętych pacjentów. W skrócie możnaby go określić tak - więcej wizyt, lepszy zarobek. Nie możemy więc pracować tak jak pracują lekarze w Skandynawii, bowiem przy naszych honorariach (około 6 marek za pierwszą wizytę i po 1 marce za każdą kontrolną) przy 18 pacjentach dziennie każdy niemiecki lekarz musiałby zrobić plajtę !...".

Skąd więc w takim razie pretensje polskich lekarzy i ich żądania odrębnego płacenia za wydawanie zaświadczeń lekarskich wystawianych w celach otrzymania zasiłków chorobowych. Rzeczywiście w niektórych krajach są takie praktyki i lekarze dostają za to dodatkowe pieniądze.

„...W Kanadzie zasadniczo nie ma odpowiednika druku L4 (czyli obecnie ZUS ZLA). Jeżeli jednak pacjent życzy sobie jakiekolwiek zaświadczenie dla zakładu pracy lub szkoły to  sekretarka wypisuje małą karteczkę, że taki to a taki był w klinice  (przychodni) i nie będzie zdolny do pracy (nauki w szkole) przez tyle to a tyle  dni. Za czynność tą klinika (przychodnia) ma prawo pobrać od pacjenta drobną opłatę wynoszącą najczęściej 3-5 dolarów. Wynika to z faktu, że pracownicy zakładów ‘unionized’ (z układem zbiorowym pracy) sami wypracowują sobie ‘chorobowe’. To znaczy, że powiedzmy 2 lub 3 dni (albo i więcej) w roku mogą chorować. Za to ‘chorobowe’ płaci pracodawca. Te ‘chorobowe’ dni kumulują się z roku na rok. Jeżeli choroba trwa dłużej - to chorobowy czas staje się niepłatny. W niektórych jednak wypadkach można otrzymać zasiłek płacony przez państwo. Wtedy krótkie zaświadczenie (nazwisko, imię, przewidywana data porodu lub termin odzyskania zdolności do pracy, podpis lekarza) kosztuje 10-20 dolarów, które płaci pacjent. Jeżeli taki liścik nie wystarcza to z Employment Office (to takie kanadyjskie biuro zatrudnienia i pomocy społecznej dla obywateli) przysyłają do wypełnienia blankiet i wtedy płaca lekarzowi standartowa stawkę wynoszącą około 50 dolarów. Podobnie dzieje się, gdy pacjent ma zasiłek wypłacany przez firmę ubezpieczeniową. Jednym słowem nic za darmo...
System kanadyjski jest zresztą bardzo podobny do systemu amerykańskiego. W USA też żadnych druczków nie ma. Nie ma zwolnień lekarskich. Koszty nieobecności pracownika ponosi pracodawca, ponieważ zakład pracy wypłaca wynagrodzenie za prace również w okresie choroby. Pacjent dzwoni do swojego pracodawcy i mówi, że jest chory i nie może przyjść do pracy.  Pracownik ma pewną ilość ‘dni chorobowych’, które może wykorzystać w razie kiedy nie jest zdolny do pracy, tak samo jak ma pewna ilość ‘dni urlopowych’. Są one z góry wiadome z chwila zaangażowania się do pracy. ‘Sick leave’ i ‘annual leave’ wzrastają w miarę upływu czasu zatrudnienia; dla przykładu - może to być tydzień urlopu chorobowego i tydzień urlopu wypoczynkowego po pierwszym roku pracy i potem wzrastać o jeden dzień za każdy dodatkowy przepracowany rok, aż do osiągnięcia pewnego maksimum (np. 4 tygodnie jednego i 4 tygodnie drugiego urlopu). Długość urlopu wypoczynkowego i urlopu chorobowego jest rożna w rożnych zakładach pracy, jednak i jedne i drugie są wiadome z chwila zaangażowania się do pracy. Jeżeli ktoś wykorzysta cały swój urlop chorobowy za dany rok, to albo prosi o urlop wypoczynkowy albo bezpłatny. W tym wypadku pracodawca może mu też udzielić dodatkowego urlopu chorobowego na podstawie zaświadczenia lekarskiego o przewlekłej chorobie wymagającej nieobecności w pracy.  Na zwykłe parodniowe nieobecności zaświadczeń się nie wymaga.  To co mówię odnosi się jednak tylko do ‘dużych’ i ‘szanujących się’ pracodawców, (pracowników państwowych, federalnych i stanowych oraz dużych firm, które dbają o swoich pracowników). W USA bowiem pracodawca może nie dawać żadnych urlopów, ani wypoczynkowych ani chorobowych, ponieważ prawo tego nie wymaga...".

Tak więc, jak widać, wypisywanie zaświadczeń lekarskich dla celów otrzymania zasiłku chorobowego to problem bardziej skomplikowany, niżby się wydawało. Począwszy od ilości zawartych w takim zaświadczeniu danych, poprzez kwestię odpłatności za wykonywaną jakby przecież nie było dodatkową pracę, aż po sam fakt prawnego uregulowania sposobów usprawiedliwienia nieobecności w pracy z powodu choroby. Jednak problemy te nie powinny obciążać pacjenta. Ustawa o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa została uchwalona przez Sejm 21 maja 1999 roku. Cztery miesiące to dużo czasu, aby móc ustosunkować się do niej i odpowiednio przygotować pacjentów i pracowników ochrony zdrowia. Nawet jeżeli nie dopełniono wcześniej ustawowego obowiązku przekonsultowania ustawy z samorządem lekarskim. Wydawanie deklaracji i oświadczeń na 5 dni przed obowiązywaniem nowych przepisów jest w tym wypadku działaniem raczej nieodpowiedzialnym. Zwłaszcza, gdy duża część lekarzy złożyła już wnioski do ZUS w sprawie upoważnienia do wystawiania zaświadczeń lekarskich podpisując równocześnie zobowiązanie do wykonywania obowiązków wynikających z przepisów w/w ustawy. Mam wątpliwości, czy Okręgowe Izby Lekarskie zdołają obronić przed ewentualnymi konsekwencjami lekarzy, którzy będą odmawiali wystawiania zwolnień chorobowych. Wydaje mi się, że znacznie bardziej skuteczną formą protestu byłoby ścisłe przestrzeganie obowiązujących przepisów. Myślę, że dwudziestominutowa porada lekarska składająca się z 5 minutowego badania i 15 minut wypełniania różnego typu druczków i papierków bardziej wpłynie na ocenę stanu sytuacji w ochronie zdrowia w oczach pacjenta, niż wszelkiego typu akcje protestacyjne kończące się najczęściej okazaniem zrozumienia, z którego jednak nic nie wynika. A przecież różnych przepisów mamy całkiem sporo. I wciąż przybywa nowych. Rozkwit twórczości urzędników ochrony zdrowia w Polsce musi budzić podziw...
Na razie jednak wygląda na to, że w Polsce konflikt miedzy lekarzami, a ZUS-em mógłby rozwiązać komputer z drukarką. Każdy pacjent miałby już w komputerze ten swój pesel, numer NIP lub dowodu osobistego (paszportu), a przy pierwszej wizycie wpisało by się i pracodawcy. Potem tylko przy każdej grypie ściągałoby się formularz na ekran z automatycznie pojawiającymi się numerami, które się tylko potwierdza i wpisuje numer choroby, która tez jest przecież w takich programach. Potem wkłada się papierowy blankiet do drukarki, która sama wpisuje te numerki i tekst do właściwej części blankietu. Trzeba tylko odpowiedni program komputerowy i rzetelną firmę, która by cały czas dopasowywała program do nowych druków wymyślanych przez ZUS i wysyłającą regularnie wszystkim doktorom ‘update’ na dyskietkach.
Takie rozwiązanie jest zresztą niezbędne by prowadzić dokładne dane dotyczące stanu zdrowia społeczeństwa. Można dzięki niemu znaleźć miejsca o wzmożonej chorobowości i prowadzić właściwą profilaktykę. Czyli zająć się przyzwoita medycyna społeczną i epidemiologia. Mieć statystyczne podstawy do prowadzenia polityki zdrowotnej zarówno na poziomie województwa i kraju, jak i gminy lub powiatu. Zdrowie pacjenta to nie tylko sprawa lekarza rodzinnego. To także sprawa samorządu terytorialnego i władz państwowych. Bo każdy wie, że brak dbałości o ochronę środowiska i promocję zdrowego stylu życia to wierzchołek góry lodowej uruchamiający całą masę innych problemów zdrowotnych od zachorowalności na błahe choroby począwszy a na długości życia skończywszy.
Pozostaje wiec tylko pytanie, kto te komputery kupi: może UE albo jakiś fundusz rozwoju. Bo chyba jednak nie dyrektorzy zakładów opieki zdrowotnej, których świadczenia finansowane są przez Chore finansowo Kasy?



Na podstawie wypowiedzi uczestników listy LEKARZE
opracował Józef Grzegorz Kurdziel