Egzamin przedspecjalizacyjny

W dniach 2 i 3 września 1999 roku po raz pierwszy odbyły się testowe egzaminy przedspecjalizacyjne. W całej Polsce o godzinie 11-tej zasiadło w ławkach około 8 tysięcy lekarzy, którzy chcą poprawić swoje kwalifikacje, nauczyć się więcej, umieć lepiej służyć pacjentowi. Aby to osiągnąć musieli przystąpić do egzaminu konkursowego. Limity na specjalizacje określa minister zdrowia i upoważnia wojewodów do organizacji postępowania kwalifikacyjnego, które prowadzą Wojewódzkie Ośrodki Doskonalenia Kadr Medycznych. Tym razem ministerstwo zdrowia przygotowało 5 tysięcy miejsc do szkolenia, w tym niecały tysiąc jako tzw. rezydentury, czyli etaty opłacane bezpośrednio przez ministerstwo. Pozostali, którzy pomyślnie przebrną przez ten konkursowy egzamin, będą mogli podnosić swoje kwalifikacje bądź to w ramach oddelegowania na szkolenie otrzymanego z macierzystego zakładu pracy, bądź też na podstawie umowy cywilnoprawnej. Ale o warunkach i sposobach jej zawierania jak na razie nikt nic nie wie. Jest to denerwujące. Zwłaszcza, że podobna sytuacja dotyczyła samego egzaminu. Nikt ze zdających nie wiedział właściwie, co na nim będzie i jak on będzie wyglądał. Jakie będą kryteria ocen. Podana tematyka jest na tyle szeroka (patofizjologia z podstawami immunologii klinicznej, patologii klinicznej, medycyny stanów nagłych, zagadnień dotyczących reformy służby zdrowia w Polsce), iż niektórzy koledzy stwierdzili, że jest tego tak dużo, i ze spróbują zrobić ten test bez specjalnego przygotowywania się.
Oczywiście sytuacja ta wywołała szereg uwag dotyczących zarówno samego faktu zdawania egzaminu przedspecjalizacyjnego, jak i jego tematu, formy i innych uwarunkowań.

„... Przed Nowohuckim Centrum Kultury przywitała mnie kilkudziesięcioosobowa kolejka kandydatów na specjalistów. W środku - na salach, w auli i na korytarzach - czekające na nas stoliki. Kilkaset osób, kilkaset stolików, kilkaset nadziei...".

„... to jest podważanie wiarygodności uczelni! Tego nie potrafię zrozumieć! Co Ci biedni pacjenci maja za korzyść z tego, że doktor zna immunologie, która w praktyce ogólnej jest potrzebna w ściśle skondensowanej i bardzo praktycznej wersji? Skąd ta wiara, że egzaminy robią lepszych lekarzy...".

„... Hmmm, a skąd ta wiara, ze bez egzaminów wszyscy maja motywacje do nauki? Bardzo nie lubię systemu, w którym wszystko zależy od czasu, czyli przepracowanej liczby lat (chodzi o system norweski - przyp. red.), a nic od własnego wysiłku Takie siedzenie i oglądanie kalendarza jest frustrujące!...".

„...Tak, ale te lata trzeba odsiedzieć do specjalizacji w każdym kraju. W Norwegii do specjalizacji z chirurgii trzeba mieć wykonana pewna ilość zabiegów Jest tego dużo, a i zakres jest bardzo szeroki. Czego się nie robi w małym szpitalu trzeba zrobić w dużych szpitalach na stażach i samodzielnie!...".

 „... Czekanie i specjalizacja to problem nie tylko w Norwegii. Kłania się wam system szwedzki - równie udany. Trudno znaleźć jakiś sens w systemie, gdy przyznanie specjalizacji zależy od czasu (w Szwecji min 5 lat - bez względu na cokolwiek, ale z konsekwentnym przestrzeganiem zasady socjalistycznej sprawiedliwości społecznej: każdemu po równo, i geniuszowi i głupkowi)...".

„... w Skandynawii, w szpitalu, po specjalizacji (czyli jakieś 7 lat po studiach) zostaje się oeverlege (starszy lekarz, nadlekarz).  Z duża odpowiedzialnością. W Polsce nadal nie ma się nic do powiedzenia i nadal słucha się ordynatora. Dla mnie system wiecznego egzaminowania włącznie  z brakiem odpowiedzialności za własne czyny jest szkółka niedzielna. Kolega chirurg z Polski po przyjeździe tutaj opowiadał: po studiach byłem na klinice ‘młody’, po jedynce byłem ‘młody’, po dwójce byłem jeszcze ‘młody". To wspaniale być takim młodym, ale ...".

„No, no. Nie przesadzajcie. Z tym brakiem egzaminów w Szwecji to tak znowu nie jest. Nie ma egzaminów przymusowych i oficjalnych. Są natomiast egzaminy dobrowolne organizowane przez towarzystwa specjalistów Jak ktoś chce to może sobie pójść na taki egzamin. Potem zobaczymy jak będzie szukał pracy, bo zdany egzamin jest tez silnym argumentem. To że w karierze lekarskiej potrzebne są etapy sprawdzania jakości to chyba nikt nie ma wątpliwości Problem jaki wynika z dyskusji to kiedy i jak. Mam wrażenie ze egzamin w Polsce kwestionuje wartość polskiego dyplomu lekarza. No bo przecież skoro się jest lekarzem to chyba posiada się jakieś solidne wiadomości przedkliniczne które były sprawdzane. Z drugiej strony być może jakość tego przedspecjalizacyjnego egzaminu jest zła czyli egzamin nie zdał egzaminu. Nie wiem dlaczego psychiatra ‘in spe’  ma się wykazać znajomością krwiolecznictwa, a nie np. psychologii.
Podstawowym problemem jest integracja i harmonizacja z wymogami Unii Europejskiej. Jak mamy do niej wejść to obecnie trzeba robić tak jak oni robią, a nie żyć ciągle w systemie kształcenia lekarskiego z czasów RWPG. Np. tzw. jedynka i dwójka to wymysł akademików byłego ZSRR. Znieść Albo się jest specjalista albo nie. Nie można być specjalista tylko trochę....".

„... Bardzo dziwi mnie twoje podejście do ‘przedmiotów przedklinicznych’. To właśnie rożni nas od felczerów (w Polsce) i Nurse Practitioners (w USA), które coraz częściej zaczynają zastępować tu lekarzy rodzinnych, anestezjologów itp. Nauki podstawowe dają ‘bazę’ do całej dalszej pracy klinicznej. Podobnie można by mówić ze przedmioty kliniczne są niepotrzebne bo i tak się nauczysz w praktyce. Poziom studiów medycznych w USA jest nieporównywalny z Polska, również pod względem motywacji, zaangażowania studentów, poziomu i ilości literatury. Nauki podstawowe odgrywają ogromna role, włączając w to i immunologie i genetykę Pracowałem z wieloma studentami z rożnych uczelni. Byłem tez studentem w Polsce... Bardzo dużo musiałem nadrobić - zwłaszcza z nauk podstawowych. Potwierdzi to z pewnością każdy który tu się ‘przebił’.
Znam tez model norweski (brat jest lekarzem w Oslo) i również wydaje mi się bardzo dziwny. Nie wyobrażam sobie ‘nadawania’ specjalizacji bez egzaminów Zresztą w USA specjalizacja jest ważna tylko kilka lat i znowu trzeba ją zdawać Nikt nie protestuje bo to ma sens!  A'propos: czy istnieją jeszcze w Polsce felczerzy?...".

„... Nie jestem przeciwnikiem, ale uważam ze przesada jest kładzenie nacisku na przedkliniczne przedmioty w kilka lat po studiach. Te przedmioty maja być podstawa do nauczenia się na studiach przedmiotów klinicznych i ich zrozumienia, a nie maja być celem samym w sobie przez cale życie lekarza. To milo podążać za rozwojem immunologii, jeżeli ktoś ma takie hobby, ale ważniejsze jest podążać za tym jakie są nowe rezultaty ‘evidence based’  leczenia nadciśnienia czy profilaktyki pozawałowej czy czegokolwiek ogólnego, z czym każdy lekarz powinien się zapoznać Czy chociażby jak leczyć nowymi antybiotykami. Ludzie maja 3-y specjalizacje, a nie maja o tym pojęcia!!!     Widzę to na przykładzie swojej rodziny leczonej w Polsce.
Jestem jak najbardziej za odnawialnymi egzaminami specjalistycznymi, ale trzeba wyważyć czego tez człowiek ma się uczyć: czy śledzić rozwój medycyny (czego człowiek ledwo nadąży w swoje specjalności, tak wielkie jest tempo, ) czy uczyć się po raz dziesiąty z jakich komórek składa się Seminoma Testis.
Zajmuje się neurologia i neurogeriatrią, ale jak biorę do ręki pisma typu NEUROSCIENCE, to nie rozumiem nic. Robię po prostu doktorat z kliniki.  Te dziedziny przedkliniczne są tak ogromne, ze są światem samym w sobie. Mam kolegów lekarzy co się tym zajmują, to albo ciągną klinikę na 50% albo rezygnują i idą do uniwerków

„... A to już inna sprawa. Egzaminy specjalistyczne powinny składać się z pytań na tematy przede wszystkim kliniczne (chociaż często trudno jest teorie dokładnie odzielić od praktyki) i dotyczące dziedziny, z której ma się dostać specjalność A porządne staże tez są konieczne - jedno nie zastąpi drugiego. Dlatego z tego co piszą koledzy z kraju, wydaje mi się, ze w Polsce powinno się walczyć z tematyka egzaminów specjalistycznych, nie z samym faktem, ze egzaminy trzeba zdawać...".

„... Ja jeszcze nie byłem na ‘porządnym’ klinicznym stażu W czasie 3-miesiecznegi stażu klinicznego do egzaminu I-st z chirurgii wykonałem JEDEN zabieg - na egzaminie. Cale szczęście ze w weekendy mogłem sobie pooperować u siebie. Podejrzewam ze większość z nas stażujących w kraju ma podobne doświadczenia - maszyna do pisania, siedzieć cicho, żadnych samodzielnych decyzji...".

„... Ale namieszaliście z tymi egzaminami specjalizacyjnymi w Szwecji. Są w końcu czy ich nie ma. Jak to naprawdę wygląda. Czy ktoś z was może mi  to wyjaśnić?...‘.

„... W Szwecji droga do specjalizacji jest dość długa. Staż podyplomowy trwa 1.5 roku (czasem 2 lata jeśli ktoś prowadzi prace naukowa) z pensją o 20% wyższą od pensji pielęgniarki. Staż zakończony jest egzaminem stażowym z interny, chirurgii (z ortopedią i anestezjologią), psychiatrii i medycyny ogólnej (to na czym się pracuje na stażu). Egzamin jest złożony z części teoretycznej-pisemnej, na która wchodzą opisane przypadki kliniczne i trzeba opisać postępowanie - od pierwszych sugestii diagnostycznych, aż po leczenie i kontrole. Potem jest egzamin praktyczny (nie wiadomo na której ze specjalności się wyląduje - dostaje się pacjenta i trzeba go poprowadzić, zbadać itd.). Po stażu i egzaminie dostaje się tytuł legitimerad laekare -"lekarza legitymowanego" - takie wolne tłumaczenie.
By dostać staż w szpitalu uniwersyteckim trzeba wygrać konkurs na te kilka miejsc, które są tam co pół roku. O tym kto się dostanie decyduje liczba miesięcy przepracowanych przed stażem. Tak, pracuje się wiec 1-2 lata na którejś z
klinik, by dostać staż w danym szpitalu. Powinno się też  być przywiązanym do szpitala jakąś pracą naukową. Te punkty ‘za pracę’ uważam za bezsens, ale jakoś nie mogą stworzyć innego systemu w ośrodkach, gdzie wszyscy chcieliby mieć staż. A dlaczego ludzie chcą w uniwersytetach mieć staże? Bo łatwiej potem zacząć tam specjalizacje, łatwiej prowadzić badania naukowe, i staż nie jest aż tak wyczerpujący ze wzgl na większa ilość doktorów do podziału obowiązków.
Okres specjalizacji trwa średnio 5 lat. W dużych ośrodkach większość robi rezydenturę na tzw. 'szarych' blokach specjalizacyjnych, czyli lepi do kupy zastępstwa aż uzbiera wymagane miesiące i lata. Ponad 70%  w ciągu tego okresu dostaje tzw. blok specjalizacyjny, gdzie na ten okres 5 lat dostaje się stały fundusz pieniędzy na pensje i ustala się dokładnie co do miesiąca - gdzie i kiedy jakie staże się będzie wykonywać przez najbliższe lata.
Pieniądze idą wiec razem ze stażystą od miejsca do miejsca, czyli kliniki nie płacą za to pensji z własnego budżetu. Przyjmują one chętnie taka, dla nich darmowa, siłę robocza.
Na te 5 lat, np.: w neurologii, 3 lata przepracowuje się na klinice neurologii, a następne dwa rozkłada się na neurochirurgii, internie, neurofizjologii, neuroradiologii , gdzie się pracuje dość intensywnie i dużo przez to się uczy. Na neurologię przychodzi zaś wielu psychiatrów i internistów, rehabilitantów nawet okulistów, którzy kompletują to do swoich specjalizacji. Dlatego na dyżurach neurologicznych czasem ciężko spotkać neurologa:-))).  Oczywiście dyżurant ma kontakt telefoniczny, ze starszym neurologiem (tzw. ‘tylny dyżur’), który w miarę potrzeby może nawet z domu przyjechać i pomóc.
Egzamin specjalizacyjny nie jest konieczny do uzyskania stopnia specjalizacji, ale w ambitniejszych ośrodkach nieformalnie sugeruje się, by go zdać. Szef kliniki podpisuje zazwyczaj dokumenty o tym, czy delikwent jest już gotów przed wysłaniem ich do Medical Board.
Po dostaniu specjalizacji trzeba od nowa starać się o prace (choćby na własnej klinice) i często się jej nie dostaje, bo szef nie chce płacić więcej specjaliście, woli mieć tanią siłę robocza w postaci rezydenta. Stad wielu ludzi w szpitalach uniwersyteckich (gdzie pensja specjalisty jest niewiele większa od rezydenta)  rozkłada specjalizacje na 7-8 lat, pracuje, ale bez tytułu, po to by zostać na klinice.
Tak to u nas wygląda. Acha, nie ma żadnych limitów odgórnych jaką specjalność wolno robić, a jakiej nie robić. System się sam reguluje - jak jest za dużo specjalistów w szpitalu, to po prostu nie ma pieniędzy by przyjąć młodego na specjalizacje, i w ten sposób nie trzeba wytycznych z ministerstwa. Ludzi pisze podania do kilkudziesięciu szpitali o bloki specjalizacji i jak jest ich za dużo to nie dostają pracy i szukają nowej specjalności. Ciekaw natomiast jestem jak wygląda takie ubieganie się o możliwość specjalizowania w Wielkiej Brytanii...".

„... W UK, po stażu rozpoczyna się prace jako ‘senior house officer’. Trwa to co najmniej 2 lata. W tym czasie należy zdać dwuczęściowy egzamin, w moim przypadku będzie to MRPC część I i II (Membership of Royal College of Physicians). Oddzielne College maja chirurdzy, ginekolodzy, pediatrzy, psychiatrzy, patolodzy i anestezjolodzy. Obowiązują ich tez inne egzaminy, ale idea ta sama - 2 lub 3 lata po stażu Po zdaniu odpowiednich egzaminów można się ubiegać o staż specjalizacyjny, który trwa z reguły 5 lat.
Konkurencja wielka, ale to tez zależy od rodzaju specjalizacji. W onkologii tłok, dlatego zastanawiam się nad paliative care. Na podjecie decyzji mam jeszcze dużo czasu. Czy w Polsce paliative care jest połączona z onkologia?...".

Akurat na to ostatnie pytanie możemy odpowiedzieć. Opieka paliatywna nie jest w Polsce specjalizacją. Natomiast cała reszta - egzamin podyplomowy i sposób robienia specjalizacji - jest już podobna. Staż podyplomowy kończy się tzw. LEP-em, czyli Lekarskim Egzaminem Państwowym w dwa lata po ukończeniu studiów. Potem można starać się o otwarcie specjalizacji. Podstawowa specjalizacja w Polsce trwa również 5 lat (np. wewnętrzne) i kończy się trzyczęściowym egzaminem (jest to teraz odpowiednik II stopnia).
Wróćmy więc może do wrażeń po ostatnim egzaminie przedspecjalizacyjnym.

„... jestem dobrej myśli, chociaż na dość wiele pytań strzelałem. Wyniki za parę dni. Podobno średnia oscyluje w granicach 70 punktów. U nas komisja była dość spokojna, choć niektórych poprzesadzali, nikogo nie wyrzucili, choć były osoby trochę przeginające w ‘wymianie poglądów’. Jak na mój gust z tą immunologią to przesadzili, chyba było ze 10 pytań. Nie podobały mi się też ‘pytania z nazwiskami’. Do teraz nie wiem co to było za doświadczenie na ‘G...’. Cieszy, że nie cudowali z pytaniami o reformę...".

„... niektórzy zdający (np. ja) byli starsi od poniektórych członków szanownej komisji. Śmieszyło mnie, gdy kilkudziesięcioletnia dziewczyna przechodziła między stolikami sprawdzając, czy ktoś nie ściąga. Chociaż z drugiej strony rozumiem - egzamin to egzamin...".

„ ... Z tego, co piszesz wnioskuje, ze zdawałeś TEM czyli egzamin dla specjalności podstawowych. Ja zdawałem TMS - czyli zupełnie inny test. Mój był naszpikowany ‘anestezjologia’ i ginekologia. Poza tym trochę interny, pediatrii oraz mnóstwo toksykologii i farmakologii. Niektóre pytania były takie, że nie było na nie żadnej prawidłowej odpowiedzi, ale na duża cześć dało się jakoś sensownie (chyba) odpowiedzieć
Zaskakujące dla mnie było pytanie nr 100 w wersji II. Oto co zapamiętałem: -‘W zachowaniu maturzysty nagle zauważono spadek zainteresowania nauka, jest zamknięty w sobie, unika kontaktów z rownieśnikami, zaniedbuje higienę, pogarsza się jego koncentracja, spożywa tylko przygotowywane przez siebie posiłki ... najprawdopodobniejsza przyczyna jest -1. depresja młodzieńcza 2. przyjmowanie środków odurzających 3. wyczerpanie fizyczne, 4. i 5 jakieś tam inne. Wybrałem nr 2, ale mam jedno ale. Powiedzcie mi dlaczego wcina tylko papu zrobione przez siebie. My mieliśmy na oddziale kilku narkomanów w tym jednego z AIDS ale wszyscy spożywali jedzenie przyrządzane w szpitalu...".

„... moja koleżanka właśnie zadzwoniła do mnie by opowiedzieć swoje dzisiejsze przejścia związane z przystąpieniem do części 2 procesu kwalifikacyjnego przed rozpoczęciem (w naszym przypadku kontynuowaniem) specjalizacji z psychiatrii. Wspomina to z zażenowaniem Twierdzi, ze takiego niesmaku nie czuła po żadnym dotychczas zdawanym egzaminie. Zadawano jej wydumane pytania z interny i psychiatrii. W komisji była jedna pani, która dziwiła się czemu nie wie w które ustawy regulują poszczególne aspekty transformacji systemu opieki zdrowotnej w naszym pięknym kraju....".

„... przed chwilą wróciłem z przedspecjalizacyjnej ‘rozmowy’. Komisja była rzeczowa i miła a i pytania nie były zbyt ‘trudne’, nie licząc pytań o podstawy prawne związane z służbą medycyny pracy (właśnie medycynę pracy wybrałem jako kierunek swojej specjalizacji). Zresztą czy może być coś trudnego w rozmowie...
Oczywiści wykorzystałem możliwość, aby dowiedzieć się ile punktów otrzymałem z testu. 52 punkty to nie najwyższa ocena, ale i tak jestem zadowolony. Mogło być znacznie gorzej. A tak przynajmniej wiem ile nie wiem...".

„... moje wysiłki aby rozpocząć specjalizacje, a wiec postępowanie kwalifikacyjne do rozpoczęcia specjalizacji zostało zakończone sukcesem. Test zdałem na 62 punkty na 100 i to było mniej więcej tyle, co napisali inni. W rozmowie kwalifikacyjnej też udało mi się wypaść dobrze. Komisja była rozsądna. Na pytanie ‘...czy jest możliwe utrzymanie równości świadczeń i jak sytuacja ta wygląda na świecie" - odpowiedziałem, ze nie jest  możliwe i ze logicznym wyjściem jest zaproponowanie minimalnego standardu usług za tzw. składkę minimalna oraz zróżnicowania składek i usług Myślę, że trafiłem i że o to chyba chodziło...".

„... Nie musicie tak zarzekać. W USA też są egzaminy specjalizacyjne, które zresztą trzeba powtarzać co kilka lat, jak i egzaminy podyplomowe, które musi zdać każdy amerykański student medycyny i stażysta, żeby dostać prawo praktyki w Stanach (popularny National Board Examination I, II & III. czyli część I, II i III Examinations of the National Board of Medical Examiners - w skrócie NBME). Te egzaminy to teoria (Basic Science do NBE I) i podstawowa wiedza kliniczna (do NBE II & III). Książki z pytaniami do NBE oczywiście istnieją Jednak nie są to chyba pytania z egzaminów, bo każdy zazdrośnie pilnuje, żeby jego pytania nie były publikowane, ale są to pytania podobne typem i tematami do pytań z egzaminu, warto więc się z nimi zapoznać. Oprócz tego jest sens dokładnie przestudiować podstawowe podręczniki, typu: Current (Pediatric, Medical, Surgical) Diagnosis & Treatment wydawnictwa Appleton & Lange itp...".

Ogólnie więc można powiedzieć, że egzaminy przedspecjalizacyjne, chociaż wywołały wiele dyskusji, przeszły dość łagodnie zwłaszcza jak na pierwszy raz. Czy są potrzebne? Myślę, że tak. Bo chociaż są kraje, w których aby zostać specjalistą nie trzeba zdawać żadnych egzaminów (vide Szwecja) to są także inne, gdzie nie tylko takie egzaminy trzeba zdawać, ale trzeba je jeszcze co pewien czas powtarzać. Zresztą życie i nauka wciąż posuwa się do przodu stawiając nowe wymagania i żądając od nas coraz więcej wiedzy i umiejętności. W latach 50-tych badanie EKG było szczytem nowoczesności. Dzisiaj staje się powoli badaniem przestarzałym. Dowodem na to co nas czeka w przyszłości. niech będzie ostatni już cytat, w którym nasz kolega z USA tak opisuje ten postęp -

„... Czytając o waszych problemach z pytaniami na egzaminie przedspecjalizacyjnym przypomniało mi się pewne zdarzenie.  Będąc rezydentem w NYC (około 1992) pewien starszy lekarz zadał nam pytanie - skąd pochodzi zwrot ‘wet reading’? Nikt z rezydentów nie wiedział chociaż  często używa się tego zlecając rtg i chcąc otrzymać szybki wynik. Usłyszeliśmy ze w dawnych czasach po zrobieniu zdjęcia rtg klisze się suszyło i radiolog musiał w tym wypadku odczytywać mokre zdjęcie...
Na marginesie: w mojej klinice w ogóle nie używa się długopisu tylko myszkę i  telefon. Komputer rozpoznaje mnie po odcisku palca. Jak zlecę np. CXR, MRI czy  MRA, wynik mam zwykle po 3-4 godzinach w komputerze: mogę odczytać opis  radiologa lub przycisnąć ‘image’ i sobie obejrzeć Rozdzielczość lepsza niż  poprzednich zdjęć nie mówiąc o możliwości manipulowania obrazem (kontrast, powiększanie itp.)...".

A więc kto chce spróbować swoich sił - do roboty

Lista dyskusyjna LEKARZE

opracował: lek. med. Grzegorz Kurdziel


Copyright(C): Lista dyskusyjna polskich i polonijnych lekarzy LEKARZE
Most recent revision Friday , October 01,1999