
"... Zmiany te zbiegają się ze zmianami personalnymi w Berlińskiej Izbie Lekarskiej - pisze jeden z naszych kolegów z Niemiec - Po 12 latach prezesowania ustąpił Dr Ellis Huber. Nowym prezesem został dotychczasowy wiceprezes - Dr Gunther Jonitz. Na pewno niewielu z was interesują te zmiany personalne. Po cóż więc o nich pisać. Otóż - chociaż Gunther Jonitz pracuje jako chirurg w izbie przyjęć Szpitala Moabit w Berlinie - w planach Senatu Berlina szpital ten znajduje się na pierwszym miejscu szpitali przeznaczonych do zamknięcia w ramach redukcji łóżek szpitalnych (w związku z coraz większymi kosztami ochrony zdrowia przewiduje się tam zmniejszenie ilości łóżek szpitalnych z 26.500 do 22.500, czyli inaczej mówiąc zamknięcie około 20 szpitali). Dlaczego? Żądają tego niemieckie Kasy Chorych, ponieważ przeciętne koszty leczenia w szpitalu w Berlinie są wyższe niż innych dużych miastach. Zamkniecie szpitali grozi oczywiście zwolnieniem z pracy około 4.000 osób. Powoduje to protesty i niepokoje wśród pracowników ochrony zdrowia. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że lekarze prywatnie praktykujący domagają się dla siebie większej ilości pieniędzy. Żądanie swe argumentują, iż redukcja łóżek spowoduje skrócenie czasu pobytu pacjenta w szpitalu, a przez to zwiększy częstość wizyt ambulatoryjnych. Zresztą cała sprawa zamknięcia szpitali i redukcji łóżek prowadzona jest bardzo chaotycznie. Szuka się wpływu polityków to z SPD, to z CDU. Co kilka dni pojawiają się inne koncepcje. Co kilka dni inne protesty. W prasie pojawiają się całostronicowe ogłoszenia i listy z podpisami osób przeciwnych zamykaniu szpitali. A kasy mówią - nie ma pieniędzy i już. A Kasy mówią - trzeba zaoszczędzić 700 milionów marek z budżetu...".
Skąd my to wszystko znamy? Czy w Polsce też dojdzie do zamykania szpitali?
Kilka tygodni temu w ogólnoniemieckim programie telewizyjnym (ZDF)
pokazano sprawozdanie o strajku lekarzy w Polsce. Można było zobaczyć kolejki
i bezradność pacjentów oraz usłyszeć wypowiedź jednego z lekarzy o konieczności
odmowy przyjęcia pacjentów do szpitala z powodu niemożności wykonywania
planowych operacji. Główne stwierdzenie reportażu reforma ochrony zdrowia
w Polsce odbywa się na barkach pacjentów. Ale czy dotyczy to tylko
Polski. W Niemczech przecież sytuacja jest taka sama. Planowane zmiany
w ograniczeniu ilości lekarzy specjalistów, a zwiększenie ilość lekarzy
ogólnych i rodzinnych na pewno odbije się na jakości świadczonych usłg
medycznych. Oczywiście prawdą jest, że liczba lekarzy ogólnych i
rodzinnych uległa w Niemczech w ostatnich latach zmniejszeniu co zdaniem
polityków przyczynia się do wzrostu kosztów leczenia, gdyż pacjenci częściej
leczą się u specjalistów. A dwóch pacjentów u kardiologa stwarza taki sam
obrót jak piętnastu pacjentów u lekarza ogólnego - tak przynajmniej twierdzi
pan Dresler, główny spec od zdrowia partii SPD. Dlatego celem politycznym
planowanych w Niemczech zmian jest wzmocnienie pozycji lekarza rodzinnego
i skłonienie pacjentów do zgłaszania się w pierwszym rzędzie właśnie do
niego. Aby ten cel osiągnąć proponuje się stworzenie specjalnych form wynagrodzenia
dla lekarzy rodzinnych oraz ulgę w opłacaniu składki ubezpieczeniowej dla
pacjentów, którzy będą leczyć się u lekarza ogólnego, a nie u specjalisty.
W ten sposób sytuacja finansowa lekarza rodzinnego ma ulec poprawie, natomiast
budżet globalny przeznaczony na ochronę zdrowia pozostać taki jak dotychczas.
Konkretne szczegóły jak to ma być zrobione nie są jeszcze jednak znane.
Mają być dopiero tematem dyskusji z lekarzami.
"... Oczywiście należy liczyć się z dużym oporem ze strony praktykujących lekarzy specjalistów i z dalszym zwiększeniem antagonizmów pomiędzy poszczególnymi grupami środowiska lekarskiego. Problem bowiem polega na tym, ze w Niemczech przez cale lata sposób kształcenia lekarzy ogólnych nie istniał. W zasadzie każdy, kto skończył studia oraz zrobił praktykę mógł zostać lekarzem ogólnym. Jako lekarz ogólny mógł co prawda nauczyć się robić sonografię, gastroskopię itp., a następnie robić je swoim pacjentom. Ale nie zawsze mu się to opłacało. Zajmował się więc raczej leczeniem doraźnych zachorowań i kontynuacją leczenia szpitalnego lub specjalistycznego. A gdy trzeba było zbadać dno oka, obejrzeć krtań, czy choćby poprowadzić poród - kierował pacjenta do specjalistów. U specjalisty natomiast pacjent z uciskiem w dołku od razu miał robioną sonografię brzucha, gastroskopię, colonoskopię i Bóg wie co jeszcze. Bo specjaliście za to płacą. Bo on z tego żyje. Dlatego rozumię stanowisko Kas Chorych. Pojawia się jednak pytanie co jest lepsze dla pacjenta - wiedzieć coś bardzo dobrze o czymś bardzo małym, czy wiedzieć mniej dobrze o wszystkim? Pascal zastanawiał się nad tym już parę wieków temu. Rozwój medycyny poszedł w tym kierunku, że coraz bardziej żąda się wysokich umiejętności w bardzo wąskim zakresie, gdyż tylko to gwarantuje wysoka jakość usług. Ale jak osiągnąć to, żeby tych usług niepotrzebnie nie nadużywać. Jest to sprawa bardzo trudna. Czy są lepsze pomysły niż przedstawione przez obecną koalicję - nie wiem. Pan Dressler podał bardzo efektowny przykład wpływu postanowień administracyjnych na działanie lekarzy. W Niemczech forsowano w ostatnich latach operacje ambulatoryjne jako tańsze od zabiegów wykonywanych w szpitalu. Wyglądało wszystko bardzo ładnie i miało być taniej. I rzeczywiście wzrosła liczba zabiegów ambulatoryjnych. Okazało się jednak, że skierowane na to środki finansowe nie były wystarczające tzn. honoraria były za niskie, aby większość z tych zabiegów była opłacalna dla chirurga. I do czego to doprowadziło? Liczba wykonywanych artroskopii wzrosła w ciągu dwóch lat o połowę w porównaniu do wykonywanych poprzednio! Są więc dwa możliwe wyjaśnienia: albo nastąpił w Niemczech szał sportowy i 50 % ludności powykręcało sobie przy tym kolana albo o 50 % wzrosła wśród ludności liczba kolan!...".
W Niemczech jest obecnie 2.300 specjalistów w dziedzinie kardiologii
. Odpowiada to 29 kardiologów na milion mieszkańców. We Włoszech jest ich
80 na milion, w USA 65 na milion, a w Anglii 8 na milion. Nasuwają się
wobec tego wątpliwości co do wymowy i wartości takich statystyk (a opiera
się na nich polityka zdrowotna i planowanie zarówno w Niemczech jak i w
Polsce), gdyż w żaden sposób nie odnoszę wrażenia, aby umieralność
z powodu chorób serca miała jakikolwiek związek z ilością praktykujących
(tzn. diagnozujących i leczących kardiologów). W Niemczech i tak za duża
liczba kardiologów dalej wzrasta, gdyż w ub. roku ponad 200 internistów
zakończyło dodatkowe dokształcenie w kardiologii. Podobnie, pomimo złej
sytuacji na rynku lekarskim paradoksalnie, zwiększyła się znowu liczba
kandydatów na studia medyczne. W semestrze zimowym 1998/99 wolnych było
7.398 miejsc na studiach lekarskich. Ubiegało się na nie 21.406 abiturientów.
W chwili obecnej studiuje medycynę w Niemczech około 85.000 studentów.
W ciągu następnych lat należy się liczyć z tym, że około 20 % tych studentów
będzie w grupie bezrobotnych. Paradoks polega na tym, że gdyby
zlikwidowano nadgodziny w których pracują lekarze odpowiadałoby to 33.000
miejsc pracy. Większość nadgodzin jest wyrównywana przez "czas wolny";
mało przez wynagrodzenia, a dużo w ogóle przez nic.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w Polsce również zacznie się
zmniejszanie ilości łóżek szpitalnych i nacisk na zmianę struktur wewnątrzszpitalnych.
Pieniędzy na zatrudnienie dodatkowego personelu nie będzie (koszty personalne
to 70-80 % kosztów w leczeniu szpitalnym). Ostrzegam więc przed problemem
bezrobocia lekarzy w Polsce. Na tym jak rozwiązać ten problem i jak się
na to zjawisko, dotychczas w Polsce u lekarzy marginesowe, przygotować
trzeba pracować dzisiaj, a nie jutro - gdy problem się pojawi.
Co do budżetu globalnego na ochronę zdrowia to stanowisko rządzącej
w Niemczech koalicji jest podobne jak w Polsce - pieniędzy jest tyle ile
jest i więcej nie będzie. Nie mam nic do zarzucenia takiemu stanowisku,
bo jeżeli się patrzy na ten problem ze strony polityka - to jest to w porządku.
Można jedynie działać w kierunku przekonania polityków, że globalnie powinno
być więcej pieniędzy. W Polsce stanowisko polityków odpowiedzialnych za
finanse kraju jest podobne i przywódcy partykularnych grup lekarskich
powinni to zrozumieć.
Prymat ekonomiczny staje się podstawa wszystkich działań w ochronie
zdrowia. Są jednak cztery dziedziny, w których niedofinansowanie ma katastrofalne
skutki społeczne i na dłuższą metę prowadzi do zacofania. Dla istnienia
państwa kardynalne są właśnie te nieproduktywne dziedziny.
A są to: 1/ szkoły i nauka włącznie z wynagrodzeniem i prestiżem
społecznym nauczycieli; 2/ kultura; 3/ policja włącznie z wynagrodzeniem
i prestiżem społecznym policji; 4/ zdrowie włącznie z wynagrodzeniem i
prestiżem społecznym lekarzy i pielęgniarek.
"... Z wyjątkiem kultury w żadnej z tych dziedzin pracownicy nie
mogą własnym wysiłkiem, talentem, czy profesjonalizmem osiągnąć takiego
zadowolenia, wynagrodzenia i prestiżu społecznego jaki uzyskuje się udanie
prowadząc tzw. 'własną działalność gospodarcza'. Dlatego odpowiednie przepisy
prawne i finansowa pomoc państwa jest dla nich niezbędna. Tymczasem im
bardziej na to patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że tu i tam jest to samo.
Te same problemy, te same konflikty, to samo marnotrawstwo. Ci sami zapaleńcy,
ci sami uczciwi lekarze, ci sami oszuści i pieniądzołapacze. Te same
kłótnie miedzy poszczególnymi grupami lekarskimi. Jedyną różnicą jest to,
że odbywa się to na innym progu finansowym. Jeden bardzo znany, mądry
i obecnie przeklinany człowiek powiedział kiedyś -'byt określa świadomość'
- i miał racje. Nie dodał tylko, że zmiana bytu nie zmienia człowieka....!".
opracował na podstawie wypowiedzi uczestników listy : lek. med. Grzegorz
Kurdziel
Copyright(C): Lista dyskusyjna polskich i polonijnych lekarzy LEKARZE
Most recent revision May 21, 1999